Zawsze lubiłem ten zespół. Mimo, że kilka razy zdarzyło mu się zbłądzić, to z sentymentem wspominam czasy, gdy obok "Ten" Pearl Jam słuchałem "Core" Stone Temple Pilots. Tymczasem upłynęło kilka lat, Weiland zaliczył kilka "odwyków", Pearl Jam gra inaczej niż niegdyś, Nirvana nie istnieje, a Stone Temple Pilots, kilkakrotnie spisane już na straty przez poczytniejsze muzyczne pisma, powraca z nowym albumem.
Od razu napiszę - nie jest to grunge, to pewne, ale z określeniem jaką gatunkowo muzykę gra teraz Weiland i spółka, też mam kłopoty. Czasami, owszem, jest grunge'owo ("Dumb Love"), tak, jak gdyby muzycy chcieli puścić oko do starych fanów, ale zaraz potem grupa zapuszcza się w piosenkowe, prawie britpopowe rejony ("Days of The Week", "Wonderful"). To zabieg, którego chyba nie zrozumieją ci, którzy czekali na ten nowy album STP. Na szczęście zespół potrafi grać z czadem, nawet jeśli przypomina to bardziej dokonania The Cult ("Hollywood Bitch") niż postgrunge'owe wymiatanie. | Co jeszcze trzeba im oddać? Ano fakt, że dużo tu ładnych ballad ("Hello It's Late"), które czasami zdradzają długi zaciągnięte u The Beatles ("Too Cool Queenie", "Be-Polar Bear"). I naprawdę ciekawe, że do twórczości starego Stone Temple Pilots nawiązują w zasadzie tylko dwa numery - otwierający płytę "Dumb Love" i ostatnia kompozycja "Long Way Home". Przewrotność to czy niezamierzony efekt?
Wasza ocena płyty (skala 1-5) : 3
|