| |||||
Po usłyszeniu tej wiadomości przez całą noc piłem z kolegą, ale nie poprawiło mi to nastroju.Nie mam ostatnio szczęścia... Swoje uczucia wyrażam zwykle w postaci umiarkowanego entuzjazmu. Są jednak postaci, do których mam bardzo emocjonalny stosunek. Tak jest w przypadku Kurta Cobaina. Nie będę więc ukrywał, że jego śmierć wstrząsnęła mną. Prawdopodobnie zresztą nie tylko mną, chociaż tak naprawdę to nie powinna być ona dla nikogo zaskoczeniem. W końcu (parafrazując znane powiedzenie), jaki był Kurt Cobain, każdy widział. Przypuszczam jednak, że nikt do końca nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo prawdziwy był neurotyczno - schizofreniczny image lidera Nirvany. Jego bunt skierowany właściwie przeciwko całemu światu, był dla wielu "normalnych" ludzi na swój sposób nielogiczny: Jesteś gwiazdą, masz szmal i sławę, więc o co ci jeszcze chodzi!? No tak, ale o to samo równie dobrze można by zapytać Briana Jonesa, Jimiego Hendrixa, lana Curtisa czy Jima Morrisona. Być może rola gwiazdy rocka nie była spełnieniem jego marzeń, a on sam nie bardzo pasował do standardowego wizerunku rockmana. Nie pieprzył groupies, nie nadużywał alkoholu, nie pojawiał się w nocnych klubach w towarzystwie dwumetrowych goryli. Niepozorny, wrażliwy chłopak w niczym nie przypominał wytatuowanych twardzieli, którzy usiłują przekonać wszystkich wokół, że ich jedyny pokarm to whisky Jack Daniel's. A przecież to właśnie Cobain i jego Nirvana wpuścili świeże powietrze do rockowej konserwy, i to w chwili, kiedy wydawało się, że już nic nowego zdarzyć się nie może. Dobrze to pamiętam. Gazety rozpisywały się wówczas o fenomenie manchesterskiej fali, która - jak się później okazało - była tylko zjawiskiem sezonowym. Rozgłośnie radiowe z braku interesujących nowości grały starocie z dolnych półek i tylko jedna stacja kilka razy dziennie puszczała utwór Nirvany- kapeli, o której nigdy wcześniej nie słyszałem. Niemal więc w ciemno kupiłem sobie ich płytę i... zupełnie oszalałem. Słuchałem Nevermind na okrągło przez ładnych kilka miesięcy. Doszło do tego, że jedną kasetę miałem w domu, jedną w aucie, a jedną nosiłem stale przy sobie na wypadek nieprzewidzianych okoliczności. | Jakby tego było mało, "wyjąłem" na gitarze Smells Like Teen Spirit, Polly, Come As You Are i Something In The Way i na życzenie odgrywałem na imprezach plenerowych. Kiedy trochę mi przeszło, starałem się dociec, co mnie urzekło w tych bądź co bądź nieskomplikowanych utworach. W końcu od strony muzycznej Cobain nie wymyślił niczego nowego. Ciężkie, brudne riffy, obficie okraszone fałszami i sprzężeniami, grało się już dwadzieścia lat temu (patrz Tomy lommi). Melodyjne, chwytliwe refreny? Też stare jak świat. W końcu doszedłem do wniosku, że to, co gra Nirvana, przekonuje mnie, bo jest autentyczne, wynika z wewnętrznej potrzeby grania, a nie z koniunktury na taki podział ekspresji. W muzyce i tekstach jest wściekłość i rozpacz. Jest ból i gniew, zmęczenie i smutek. Cobain z masochistyczną szczerością wyznaje swoje lęki i obsesje. Trzeba przyznać, że tworzą one dość frustrujący krajobraz. Niewątpliwie jednak prawdziwy. Z artystycznej wypowiedzi Kurta wyziera strach przed głupotą, nietolerancją, ale przede wszystkim samotnością. Nie ma się czemu dziwić. Jego życie, a zwłaszcza dzieciństwo, nie należały do najłatwiejszych. Amerykańska prowincja - miejsce, gdzie się wychował - jawi się w jego relacji jako zacofana, pruderyjna, pełna ciemnoty i brutalności kraina. Niezbyt to przyjazne miejsce dla wrażliwych, znerwicowanych młodzieńców. Na ponurą rzeczywistość nakładają się obrazy narkotycznych odjazdów. Layne Staley z Alice In Chains wspomina swoje uzależnienie od narkotyków jako najbardziej mroczny okres życia. Mogę się więc tylko domyślać, jakie spustoszenie wywołała heroina w słabej, rozchwianej psychice Kurta Cobaina; pogrążony w nałogu popadał w paranoję i psychozy. Słychać to wyraźnie w jego muzyce. Nie wiem dlaczego Cobain się zastrzelił. Nie chcę wiedzieć. Myślę, że wystarczy już grzebania w jego życiu i przeszłości. Wiem tylko, że swoją śmiercią jeszcze raz dowiódł, iż prawy ogień płonie w jego muzyce. Mam nadzieję, że osiągnął wreszcie upragnioną nirwanę, której pragnienie doprowadziło go do autodestrukcji.
| ||||



Po usłyszeniu tej wiadomości przez całą noc piłem z kolegą, ale nie poprawiło mi to nastroju.