Grunge SoundGrunge Sound

Centrum Muzyki Grunge

Pearl Jam | Nirvana | Alice in Chains | Foo Fighters | Green River | Hole | Mudhoney | Soundgarden | Temple of the Dog

Muzyka Grunge

Serwis Olympia
Artykuł - Uśmierzyć ból - Kurt Cobain: dzienniki
Autor: Jerzy Rzewuski, artykuł ukazał się w "Teraz Rock", marzec 2003
Dodane dnia 01-01-2004 przez hook
Wstecz
Kurta Cobaina nie uśmiercił ani sukces, ani heroina, ani dysfunkcjonalna rodzina, której oficjalnie był głową. Ani też żadne mroczne widma, jak utrzymują autorzy intelektualnie kalekich spiskowych teorii, bo i takie nieuchronnie się pojawiły. Cobaina nie zamordowała również Courtney Love. Różnili się bardzo. Love wie to, co odkrył na starość Ozzy Osbourne, a wieki temu - Yoko Ono: jeśli nie ma cię na pierwszych stronach gazet, jesteś trupem.
Cobain natomiast - niepoprawny punkrockowy idealista - wierzył, że trupem stajesz się wtedy, gdy pełno cię w mediach. Media faktycznie mogą obrzydzić życie, żona również, ale od tego się nie umiera. Cobaina zabił Cobain. Świat nie chciał się poddać jego woli, jego wizji, więc świat trzeba było ukarać. Uciec od niego. Najpierw w narkotyki i w iluzję rodzinnego szczęścia, a gdy to zawiodło - w śmierć.
To wszystko jest w Dziennikach, czarno na białym - jeśli oczywiście zechce się to dostrzec. Lektura Dzienników to zajęcie ciekawe, lecz niekoniecznie przyjemne. Im bliżej końca, tym gorzej. Czysta pornografia psychologiczna i emocjonalna. Bezlitośnie, strona po stronie, odsłania się to, co kłębiło się w głowie Cobaina od rozwodu rodziców w dzieciństwie i tamtego pierwszego - a przypomnianego w naturalistycznych szczegółach upokorzenia seksualnego i aktu desperacji. Aż do próby generalnej w Rzymie na początku 1994 roku. Która to próba być może nastąpiła zaraz po napisaniu jadowitej tyrady na bohaterów kina akcji, kulturę masową i amerykańskie prostactwo na papierze firmowym rzymskiego hotelu Excelsior. Tymi zapiskami Dzienniki się kończą. Reszta była milczeniem, które trwało do momentu, gdy do walki o schedę po Nirvanie stanęła - z jednej strony Courtney Love w imieniu swoim i córki, Frances Bean, i z błogosławieństwem matki Kurta Cobaina, a z drugiej Dave Grohl i Krist Novoselic.
Publikacja Dzienników podzieliła rockowych fanów na dwa obozy. Niemal tak - z całym szacunkiem dla proporcji - jak niegdyś opinię publiczną podzielił fakt, czy wypada podnieść z dna wrak Titanica, czy raczej należy uszanować miejsce jego spoczynku na dnie jako masowy grób. Na Love lunęły kubły pomyj w niezmienionym od dekady rytualnym obrządku, celebrowanym przy każdej okazji przez Ligę Wrogów Miłości. Niesłusznie. Tym razem nie było, o co kruszyć kopii. Dzienniki nie były sekretnym konfesjonałem Cobaina, intymnym powiernikiem jego najskrytszych myśli. Walały się po całym domu, każdy mógł je przeczytać. Potwierdza to Christopher R. Cross, autor biografii Heavier Than Heaven, który w trakcie pisania książki miał do nich dostęp. To nie były przedmioty, które on trzymał w zamknięciu jak cenne klejnoty - mówi Cross ("Los Angeles Times"). Leżały stale na stoliku, przy którym pijał z gośćmi kawę, otwarte. Gdy wpadali do niego znajomi, często podsuwał im je ze słowami: "Masz, przeczytaj to, co o tym sądzisz?" Przez lata mnóstwo ludzi widziało te [zapiski], choć nie wszyscy.
Eric Erlandson, gitarzysta Hole, wspomina, że po śmierci Kurta na pobliskim parkingu koczowali żałobnicy, a po domu kręciły się tłumy obcych ludzi. Wielu z nich nie potrafiło się powstrzymać od tego, żeby wziąć sobie coś na pamiątkę. Erlandson poczuł się wręcz obowiązany, aby jakoś te wszystkie prywatne rzeczy zmarłego zabezpieczyć przed wyparowywaniem: Już od pierwszego dnia uznałem tę sytuację jako wymagającą ode mnie postąpienia tak, jakbym postąpił wobec każdego przyjaciela. Należało zabezpieczyć jego osobiste rzeczy. Patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że traktowałem je tak, jakby były spadkiem po Johnie Lennonie. Chyba już wtedy zdawałłem sobie sprawę z ich historycznej wagi.
Rzeczywiście, zarówno adnotacja na okładce, jak i strona wstępna sugerują, że Cobain nie miał nic przeciwko temu, by Dzienniki były czytane przez osoby postronne. Już sama forma wielu poszczególnych wpisów - listy do znajomych i przyjaciół, manifesty artystyczne, komentarze polityczne, polemiki z mediami, ataki na prostacką, seksistowską, nietolerancyjną "białą" Amerykę - kwalifikowałaby je do druku. Choćby na autorskich kolumnach magazynu "Maximum Rock And Roll". W pierwszej części sporo też jest różnych prób pisarskich, wskazujących wyraźnie na ambicje literackie autora. Czasem są to gotowe felietony. Często też teksty stylizowane... może na Williama Burroughsa, może na Lennona i jego In His Own Write. Oprócz tego wiele tu rysunków i komiksów, list płyt i wykonawców, jacy Cobainowi się podobają. Dla badaczy twórczości Nirvany szczególnie cenne będą utrwalone na papierze pomysły na wystrój graficzny i układ albumów, czy wreszcie brudnopisy tekstów utworów.
Do rangi symbolu urasta opisany na początku moment niszczenia kolekcji płyt Novoselica: ...i spytałem Chrisa: "Czy masz jakieś albumy Paula Revere & the Raiders?" Powiedział, że tak, więc zacząłem przeglądać jego Wielką Kolekcję i znalazłem Płyty Revere i rozwaliłem je. On się wściekł, potem zaczął się śmiać. A ja przeszukałem resztę Półki i znalazłem Eagles, Carpenters, Yes, Joni Mitchell i spytałem z niedowierzaniem: "Po co, kurwa, ty to trzymasz u siebie? I tak przez Resztę wieczoru rozwaliliśmy jakieś 250 Gównianych Płyt Chrisa Novoselica. Nie tylko żeśmy zrobili więcej MIEJSCA w dużym pokoju, bo Chris oświadczył, że czuje się oczyszczony i jakby na nowo urodzony. Piękne. To jest tworzywo, z jakiego powstają rockowe legendy.
Tak jak kilkadziesiąt stron dalej rzecz o spaleniu książek Charlesa Bukowskiego - jakby według przykazania Nicka Cave'a, który w wywiadzie dla pisma "Rolling Stone" z okresu promocji książki I oślica ujrzała anioła dał taką oto radę młodym rockmanom: Spalcie książki Charlesa Bukowskiego, to trucizna. Zacznijcie czytać Biblię.
Jednak jakaś niewidoczna cezura brutalnie dzieli Dzienniki na pół. Nadzieja, wiara w rock, twórcza determinacja raptownie, bez żadnej fazy pośredniej, zamieniają się w pasmo pisanych jadem i żółcią tyrad i oskarżeń. Cobain nie lubi nikogo i niczego, a Nirvany i siebie - przede wszystkim. I Hate Myself And I Want To Die. To miał być tytuł albumu, który ostatecznie ukazał się jako In Utero.
Co się stało, nie znajdujemy w książce jasnej, jednoznacznej odpowiedzi. Poza tą, że pojawiły się potworne, wyniszczające bóle żołądka, na które jedynym skutecznym lekarstwem okazały się opiaty. A najskuteczniejszym - heroina. To po części wyjaśnia raptowne napady złości i agresję, zupełną utratę już i tak kruchego poczucia bezpieczeństwa i własnej wartości. I szantaż: Kupiłem strzelbę, ale zamiast tego wybrałem narkotyki. Niepojęte, facet pisze historię rocka, słychać to gołym uchem, ale nie chce ani rusz przyjąć tego do wiadomości. Odrzuca prawdę z obrzydzeniem, zasłużony sukces traktuje jak zdradę ideałów, narasta w nim paranoiczne poczucie winy i - co najgorsze - zaczyna wierzyć, że w przyszłości jego muzyka będzie tak warta pamiętania jak Kajagoogoo. Wietrzy spiski i zdrady prokurowane przez media. A nawet ludzi, których jeszcze niedawno podziwiał. W tym Calvina Johnsona, lidera Beat Happening i szefa niezależnej wytwórni K.
To już jest pamiętnik ćpuna. Mechanizmy uzależnienia kręcą się na pełnych obrotach. Aż roi się tu od samooszukiwania się w postaci śmiechu wartych wyznań o braniu tylko przez trzy tygodnie, by uśmierzyć ból, oraz złudzeń o braniu kontrolowanym. Postępuje dezintegracja osobowości Cobaina, pojawiają się zaburzenia percepcji rzeczywistości. Tylko raz lider Nirvany jest tu naprawdę szczery - przed sobą i przed wszystkimi przyszłymi czytelnikami. Dzieje się to na przedostatniej stronie Dzienników, kiedy na firmowym papierze hotelu Villa Magna w Madrycie staje odważnie twarzą z twarz ze swym uzależnieniem i z bolesną rezygnacją spisuje całą jego historię. Być może jako ostrzeżenie. Następny przystanek to Rzym. Końcowy - oranżeria przy domu nad Puget Sound w Seattle.
Zupełnie inna już sprawa to historyczna wartość Dzienników. To, co ukazało się drukiem, stanowi ledwie nieco ponad 25 procent zawartości wszystkich pozostałych po Cobainie notatników i zapisków. Książka składa się z dwóch zupełnie nie przystających do siebie części. Jakby w tajemniczy sposób zniknął z całego nakładu środek. Na przykład strony 167-172 wydania Penguina zajmuje długi list do Tobi Vail, perkusistki grupy Bikini Kill, ówczesnej dziewczyny Cobaina, podpisany: Tęsknię za tobą, Bikini Kill. I totally love you. Kurdt. A już na stronie 197 - w drugim znaczącym przyznaniu się do używania heroiny - pojawia się po raz pierwszy wzmianka o Courtney Love. Ale tylko mimochodem, że znowu "zaskoczyła" w heroinowy ciąg. Można odnieść wrażenie, że Love była w życiu Cobaina od zawsze. Ani jednego zapisu o tym, jak się poznali, jak postanowili zamieszkać razem, jak zabrnęli do magistratu, by wziąć ślub. Przecież pojawienie się Love musiało być wręcz punktem zwrotnym w życiu Cobaina. Nadejściem wieszczonej przez niego na pierwszych stronach punkrockowej rewolucji z całym dobrodziejstwem niesionego przez nią inwentarza. A tu kompletne milczenie. Psu przygarniętemu z ulicy ktoś równie uczuciowy jak Cobain na pewno poświęciłby więcej uwagi...
Ale jest i inne wytłumaczenie. Love, osoba patologicznie czuła na punkcie swojego publicznego wizerunku, surowo ocenzurowała wszystko, co jej dotyczyło. Z wyjątkiem jednego miłosnego listu. Widać, nie całkiem pozytywny jej portret wyzierał z zapisków męża.
Fakt, że w Dziennikach nie ma tak wielkiego i ważnego fragmentu życiorysu Cobaina, obniża ich historyczną wartość. Przyznaje to również Cross. Chociaż w jego ocenie wybór opublikowanych zapisków jest w zasadzie reprezentatywny dla całości, wizerunek Love w książce nie pokrywa się z tym, jaki zawierają odsiane dzienniki. Jest jasne, iż zapadła decyzja o nie włączeniu materiałów dotyczących Courtney w takim zakresie, w jakim opisał ją Kurt. Srogo więc zawiedzie się ten, kto będzie szukać wytłumaczenia... dlaczego, na przykład, któregoś dnia Cobain zamknął się w pokoju z bronią i wezwanej policji oświadczył, przerażony, iż chciał uciec od żony.
W selekcji zapisków znaczącą rolę odegrała Julie Grau, redaktorka Riverhead Press, ale tylko nominalnie. Decydujący głos miał tu jednak menażer i - w życiu prywatnym - partner Love, Jim Barber. A więc człowiek podwójnie odpowiedzialny za pozytywny wizerunek wdowy po Cobainie.
Ewidentna manipulacja zapiskami nie zmienia jednak faktu, że dla fana Nirvany Dzienniki będą objawieniem. Zburzą wiele stereotypów, jak choćby ten, że Kurt Cobain akceptował rolę głosu pokolenia wchodzącego w życie na początku lat dziewięćdziesiątych. Ci zaś, którzy nigdy niczego nie przyjmowują do wiadomości, bo wiedzą najlepiej, ugruntowani zostaną w wierze w piękną rock'n'rollową śmierć ich idola. Mam nadzieję, że umrę zanim stanę się taki, jak Pete Townshend... Stało się. Wielka strata.


Muzyka Grunge

Serwis Olympia
© Wszelkie prawa zastrzeżone. 2001 - 2009 Serwis Olympia - http://www.grunge-sound.com | partners