| |||||
W latach 80. było na świecie popowo i komercyjnie. Ale wiele znaków na niebie wskazywało na to, że nowa rockowa rewolta jest tuż-tuż. Oto dwadzieścia płyt, które w latach 90. odnowiły oblicze rocka. Pod koniec dekady na światowych listach przebojów królują megagwiazdy - Michael Jackson, Madonna, George Michael, Whitney Houston. Dzięki potężnym, nieznanym wcześniej mediom - płytom kompaktowym, teledyskom, telewizji satelitarnej o globalnym zasięgu - są znani na całym świecie. Sława, nakładami płyt i dochodami przyćmiewają gwiazdy lat 50, 60 i 70. Tymczasem rock na popowym rynku więdnie. Za jego najwybitniejszych przedstawicieli uchodzi Sting, Dire Strairs czy Phil Collins. Guns'n'Roses, Bon Jovi czy Whitesnake są już "ostro rockowi". Metal "niekomercyjny" - black, speed, death i inne - popełnia samobójstwo, doprowadzając tę muzykę do obłędu. Wirtuozi, supergrupy, i dinozaury - Satrini, Vai, Yes, Pink Floyd i inni, przedkładając "fachowość" nad spontaniczność, uczynili z rocka jego parodię. Muzyka stała się potężnym przemysłem. Wielu przyniosła miliardy dolarów zysku, nikomu więc nie zależy na zmianach. Nadchodzące lata '90 wydawały się więc skazane na te same gwiazdy, wysokobudżetowe płyty, drogie teledyski, gwiazdy jednego sezonu i "musicalowe" koncerty pełne świateł, efektów specjalnych, wyszukanych strojów i muzyki z playbacku. Ale już wkrótce okaże się, że gwiazdy lat '80 wymrą jak dinozaury - potężne, ale niezdolne do przystosowania się do nowych warunków. Pod ziemią, w undergroundzie, już były nowe gwiazdy, które wnet miały zająć ich miejsce. Istnieje już "scena Seattle" - kolebka grunge'u, muzyki, która była próbą powrotu do najlepszych lat rocka, a więc przełomu lat '60 i '70. W akademickich radiach Ameryki gra się hard core - ostrą, zaangażowaną muzykę o punkowych korzeniach. W Londynie działa taneczna scena techno. W Manchesterze króluje post-beatlesowski, melodyczny brit pop, a murzyński hip-hop ciągle jest zbyt zaangażowany polityczne lub obsceniczny, żeby trafić do masowego, białego odbiorcy.
1. Nirvana "Nevermind", 1991 | Członkowie zespołu z Seattle podczas sesji grali tak, jak byłby to koncert. Dzięki temu przenieśli na płytę energię występu na żywo. Album promowali koncertami, teledyski i kontakty z prasą traktując jako koniecznosć. Według ówczesnych kryteriów ten album nie miał prawa odnieść sukcesu. Archaiczne, surowe i zaledwie poprawne gitarowe trio grało muzykę z pogranicza punka i metalu, a kompletnie niezrozumiałe, depresyjne teksty mruczane lub histerycznie wrzeszczane przez lidera grupy, Kurta Cobaina, dopełniały obrazu rozpaczy. Nowi idole wyglądali jakby niedomyci, a mówili jak niedorozwinięci, ale gdy na listy przebojów wszedł "Smells Like Teen Spirit", muzyczny świat wstrzymał oddech. Okazało się, że wszyscy mają już czkawkę od plastikowej papki pompowanej przez MTV. Z woli ludu "Nevermind" stał się bestsellerem, a Nirvana megagwiazdą, a Cobain - wbrew własnej woli - prorokiem Generacji X. Nie potrafił sobie poradzić z presją popularności. Popadł w uzależnienie od heriony, nie potrafił się skoncentrować na nagraniu nowej płyty, która początkowo miała się nazywać "I Hate Myself And I Want To Die". Zastrzelił się 5 kwietnia 1994 roku.
2. Sinead O'Connor "I Do Not Want What I Haven't Got", 1990
| ||||



W latach 80. było na świecie popowo i komercyjnie. Ale wiele znaków na niebie wskazywało na to, że nowa rockowa rewolta jest tuż-tuż. Oto dwadzieścia płyt, które w latach 90. odnowiły oblicze rocka. Pod koniec dekady na światowych listach przebojów królują megagwiazdy - Michael Jackson, Madonna, George Michael, Whitney Houston. Dzięki potężnym, nieznanym wcześniej mediom - płytom kompaktowym, teledyskom, telewizji satelitarnej o globalnym zasięgu - są znani na całym świecie. Sława, nakładami płyt i dochodami przyćmiewają gwiazdy lat 50, 60 i 70. Tymczasem rock na popowym rynku więdnie. Za jego najwybitniejszych przedstawicieli uchodzi Sting, Dire Strairs czy Phil Collins. Guns'n'Roses, Bon Jovi czy Whitesnake są już "ostro rockowi". Metal "niekomercyjny" - black, speed, death i inne - popełnia samobójstwo, doprowadzając tę muzykę do obłędu. Wirtuozi, supergrupy, i dinozaury - Satrini, Vai, Yes, Pink Floyd i inni, przedkładając "fachowość" nad spontaniczność, uczynili z rocka jego parodię. Muzyka stała się potężnym przemysłem. Wielu przyniosła miliardy dolarów zysku, nikomu więc nie zależy na zmianach. Nadchodzące lata '90 wydawały się więc skazane na te same gwiazdy, wysokobudżetowe płyty, drogie teledyski, gwiazdy jednego sezonu i "musicalowe" koncerty pełne świateł, efektów specjalnych, wyszukanych strojów i muzyki z playbacku. Ale już wkrótce okaże się, że gwiazdy lat '80 wymrą jak dinozaury - potężne, ale niezdolne do przystosowania się do nowych warunków. Pod ziemią, w undergroundzie, już były nowe gwiazdy, które wnet miały zająć ich miejsce. Istnieje już "scena Seattle" - kolebka grunge'u, muzyki, która była próbą powrotu do najlepszych lat rocka, a więc przełomu lat '60 i '70. W akademickich radiach Ameryki gra się hard core - ostrą, zaangażowaną muzykę o punkowych korzeniach. W Londynie działa taneczna scena techno. W Manchesterze króluje post-beatlesowski, melodyczny brit pop, a murzyński hip-hop ciągle jest zbyt zaangażowany polityczne lub obsceniczny, żeby trafić do masowego, białego odbiorcy.