| |||||
Po podpisaniu kontraktu z wielką firmą DGC i nagraniu albumu Nevermind grupa Nirvana, ceniona dotychczas przez garstkę entuzjastów rocka spod znaku Sub Pop, stała się supergwiazdą. Życie Kurta Cobaina, Chrisa Novoselica i Davida Grohla z dnia na dzień odmieniło się. Pojawili się w MTV i na okładkach wysokonakładowych magazynów rockowych. Najdroższe hotele stanęły przed nimi otworem. Banki zaczęły prześcigać się w propozycjach obsługi ich rachunków. Czy jednak sukces był tym, czego naprawdę pragnęli? Wraz z nim pojawiły się przecież problemy. Oskarżenia o zdradę ideałów, którym hołdowali. Zdradę własnej - nielicznej, ale naprawdę oddanej - publiczności. A także o artystyczny kompromis. O zaakceptowanie reguł gry obowiązujących w świecie muzyki pop. Najostrzej zaatakował grupę Jonathan Poneman, współwłaściciel firmy Sub Pop, która kilka lat temu umożliwiła trójce debiutantów nagranie pierwszych płyt, dwóch singli, jednej czwórki i jednego albumu. Porównał ich do Bruce'a Springsteena, jego zdaniem kukły w rękach obrotnych menażerów, dostarczyciela produktu na zamówienie - wmawianego ludziom jak proszek do prania, szampon czy mydło. Poneman ma oczywiście powody do żalu. Ma też właściwie prawo do napastliwych wypowiedzi. To jedno w końcu nie ulega wątpliwości: grupa wypięła się na jego firmę, jego wysiłki, jego plany. Wzgardziła opieką Sub Pop i znalazła sobie bardziej zamożnego i skuteczniejszego sponsora. Ale takie w końcu jest życie. Niesprawiedliwe, okrutne, plugawe. Otwarte pozostaje pytanie, czy muzyka Nirvany utraciła wraz ze zmianą wydawcy to, co nadawało jej wartość. Grohl twierdzi, że płyta Nevermind, wydana przez DGC, przypomina bardzo Bleach, firmowaną przez Sub Pop. A jeśli nawet różni się od niej, to tylko dlatego, że jest dziełem muzyków bardziej dojrzałych, sprawniejszych, bardziej doświadczonych. I rzeczywiscie. Nevermind to jakby udoskonalona wersja Bleach. Chociaż jednak muzyka grupy zyskała profesjonalny szlif, nie utraciła nic z dawnej ostrości, gwałtowności, żaru.Niektórzy krytycy wytknęli Nirvanie, że na Nevermind wykazała przesadną troskę o chwytliwość, przebojowość repertuaru (Smells Like Teen Spirit, Come As You Are, Lithium, Polly). Ale przecież grupa od samego początku działalności dawała dowody dużej inwencji melodycznej. I nie tylko Lithium czy Polly z Nevermind, ale też About A Girl z Bleach robi wrażenie odkrytej po latach piosenki Beatlesów. Zarzucano grupie, że wyparła się swej hardcore'owej przeszłości. Ale w końcu Nirvana zawsze przełamywała stereotypy tego stylu elementami wielu innych, od popu (np. School z Bleach) po metal a la Black Sabbath (np. Big Cheese z pierwszego singla, Paper Cuts z Bleach). A na Nevermind nie brak przecież hardcore'owego hałasu. Choćby w nagraniach Territorial Pissings, Stay Away czy On A Plain. Albo w Endless Nameless, nie uwzględnionym w opisie płyty i pojawiającym się niespodziewanie kilka czy kilkanaście minut po wyciszeniu ostatniego nagrania, Something In The Way. Sarkano, że Nirvana spokorniała. I nie pisze już tak ostrych, przejmujących tekstów jak na początku kariery. Wystarczy wszakże posłuchać uważnie Nevermind, by się przekonać, że to nieprawda. Polly, jedna z najłagodniejszych brzmieniowo piosenek na płycie, to w końcu wstrząsające wyznanie gwałciciela. Natomiast Lithium, jeszcze jedna łagodna piosenka w programie, dotyczy dojmującej samotności - choroby, która może prowadzić do śmierci... Cobain i Novoselic pochodzą z Aberdeen, małej mieściny w stanie Waszyngton, która - jak mówią - przypomina Twin Peaks, z tą różnica, że nie dzieje się w niej nic ekscytującego. Twierdza, że dorastali w poczuciu oderwania od świata, zamknięcia, izolacji. I beznadziei. Nie ma w mieszkańcach naszego miasta zbyt wiele entuzjazmu - skarży się Cobain. Ludziom nie chce się nic robić. Poddają się depresji, popadają w alkoholizm. Wyjaśnia też, że Aberdeen, które dziś jest ośrodkiem przemysłu drzewnego powstało jako port i w pierwszych dziesięcioleciach było przystanią dla utrudzonych życiem na morzu marynarzy. A dokładniej: miasteczkiem burdeli. Dlatego gdy próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie skąd jesteśmy, towarzyszy nam uczucie wstydu- mówi. A Novoselic charakteryzując mieszkańców rodzinnego miasta używa ukutego przez siebie terminu "zbiorowa meświadomość". I dodaje: Nie ma w Aberdeen ludzi wykształconych, z wyjątkiem kilku bankierów i prawników. 0brońcy i oskarżyciele z urzędu - to cały system prawny. A ci nieliczni prawnicy, którzy maja prywatne kancelarie, zajmują się sprawami rozwodowymi. Cobain i Novoselic pochodzą z biednych rodzin robotniczych. Pierwszy jest synem maszynisty i kelnerki. Ojciec drugiego pracował przy wyrębie lasu. Obaj ukończyli tylko szkołę średnią. Poznali się w połowie lat osiemdziesiątych za pośrednictwem Buzza Osborne'a, wokalisty i gitarzysty miejscowej grupy hardcore'owej The Melvins (na basie grał w niej Matt Lukin, dziś podpora Mudhoney). Osborne'owi zawdzięczają zresztą dużo więcej. To on zaraził ich entuzjazmem do muzyki takich zespołów, jak Bulfhole Surfers, Flipper czy MDC, w Aberdeen nie znanych. Muzyki, która pomogła im nabrać dystansu do szarej rzeczywistości rodzinnego miasta. I rozzuchwaliła tak bardzo, że sami postanowili chwycić za instrumenty. Cobain wybrał perkusję, Novoselic gitarę. Dobrali jeszcze jednego entuzjastę - miał na imię Steve, grał na basie - i po kilku tygodniach spotkań w domu jednego z nich spróbowali podbić społeczność Aberdeen własnymi wersjami przebojów Creedence Clearwater Revival. | Jesienią 1986 roku z tej właśnie grupy wyłoniła się Nirvana. Wyłoniła się w okolicznościach dość dramatycznych. Steve - jego nazwiska nikt już niestety nie pamięta - pracował dorywczo w tartaku i któregoś dnia utracił wszystkie palce prawej dłoni. Ale Cobain i Novoselic nie zamierzali się poddawać. Ciotka pierwszego, miejscowa piosenkarka country, obiecywała im od miesięcy, że będą mogli zarejestrować w jej domowym studiu kilka utworów. Gdy stanęli przed mikrofonami, Cobain grał już na gitarze, a Novoselic na basie. Towarzyszył im Dale Crover, perkusista The Melvins. Nagrali pierwsze własne kompozycje, a taśmę, którą zatytułowali Fecal Master, rozprowadzali wśród przyjaciół. Zdecydowali się też na regularną działalność koncertową, nie zrażeni tym, że ich muzyka - utwory takie jak Love Buzz, Floyd The Barber czy Spank Through - była dla młodzieży Aberdeen jedynie niezrozumiałym zgiełkiem. Nikt tego nie lubił - przyznaje Cobain. Pozostawała jedynie nadzieja, że wspólne wysiłki zostaną docenione w odległym o sto mil, otwartym dla nowej muzyki Seattle. Niełatwo było tam dotrzeć, ale w końcu się udało. Cobain twierdzi, że pierwsze klubowe występy w rodzinnym mieście Jimiego Hendrixa były punktem zwrotnym w dziejach Nirvany. Novoselic zapamiętał co prawda, że zazwyczaj grali do pustej sali. Ale grupą zainteresowała się firma Sub Pop. I w grudniu 1988 roku wydała pierwszy singel Nirvany: Love Buzz/Big Cheese. A w czerwcu następnego roku album Bleach, nagrany w trzy dni kosztem 600 dolarów przy pomocy miejscowego producenta Jacka Endino. Na kopercie figurują cztery nazwiska: Cobaina, Novoselica, perkusisty Chada Channinga, a także gitorzysty Jasona Evermana, który nie brał udziału w nagraniach, ale był wówczas członkiem składu koncertowego i latem 1989 roku wziął udział w pierwszym tournee zespołu po kraju. Nocowali w domach pierwszych fanów. Albo pod gołym niebem. Pewnego razu zatrzymaliśmy się w takim miejscu w Teksasie, w środku lasu- wspomina Cobain - nie bacząc na tabliczki z ostrzeżeniem: Uwaga aligatory! Spaliśmy z kijami baseballowymi przy boku... A Novoselic dodaje: Nic nas wtedy nie ruszało. Mówi też coś o młodzieńczym entuzjaźmie. I - jakżeby inaczej - przyrównuje się do bohaterów prozy Jacka Kerouaca. Komunały? Pewnie że tak. A fakty są takie, że jeszcze w końcu 1989 roku Nirvana podróżowała po Stanach wraz z Tad, inną grupą nagrywającą dla Sub Pop, oraz kilkuosobową ekipą techniczną ciasnym, rozklekotanym mikrobusem. I że honorarium za koncert wynosiło wtedy około 100 dolarów dla całego zespołu. W 1990 roku firma Sub Pop zaproponowała muzykom kontrakt zobowiązujący ich do nagrania w następnych latach aż siedmiu albumów. Znalazł się jednak ktoś, kto wyperswadował chłopakom z Aberdeen złożenie podpisów pod certyfikatem zobowiązującym ich do harówki przez lata i obiecującym jedynie bliżej nie sprecyzowane korzyści (Jonathan Poneman i Bruce Pavitt, właściciele Sub Pop, liczyli w tym czasie na umowę dystrybucyjna z Sony ale firmy nie doszły do porozumienia). Tym kimś była Susan Silver, menażerka Soundgarden. Namówiła Cobaina i Novoselica do wyjazdu do Los Angeles, zatrudnienia dobrego prawnika i złożenia ofert potentatom fonograficznym MCA, Capitolowi, Island, Geffenowi. Wynikiem tej wyprawy był kontrakt z DGC, filia firmy Geffen, która miała już w swojej stajni inną podziemną grupę - Sonic Youth. Zobowiązuje on Nirvanę do nagrania dwóch płyt. Plotka głosi, że muzycy dostali 750 tysięcy dolarów zaliczki. Cobain: Wymysły dziennikarzy! Słyszałem już nawet, że zainkasowaliśmy milion. A my musieliśmy "zadowolić" się marnymi 250 tysiącami... W tym czasie zespół, który od miesięcy nie miał perkusisty - na poszczególne koncerty angażowano zaprzyjaźnionych muzyków, najczęściej Crovera, a niekiedy Danny'ego Petersa z Mudhoney - ustalił skład. Zwerbowano Dave'a Grohla, bębniarza rozwiązanej właśnie grupy Scream z Waszyngtonu. Na początku 1991 roku trio weszło do studia Sound City w Van Nuys w Kalifornii i razem z producentem Butchem Vigiem rozpoczęto pracę nad Nevermind. Album trafił na rynek we wrześniu. Sami muzycy zaproponowali, jak ma wyglądać okładka. Cobain: Siedzieliśmy pewnego razu przed telewizorem i oglądaliśmy film dokumentalny o narodzinach pod woda. Pomyślałem wtedy: "Boże, to przecież wspaniała wizja." A nieco później wpadłem na pomysł wkomponowania w zdjęcie nurkującego niemowlęcia czegoś jeszcze. Banknotu jednodolarowego... Złośliwi twierdzą, że okładkę Nevermind można interpretować jako autoironiczny komentarz do sytuacji Nirvany. Nieświadome jeszcze trudów życia niemowlę odruchowo przygarnia ku sobie dolara. Zupełnie jak ta młoda grupa inkasująca 250 tysięcy zaliczki za przyszłe nagrania. Jeśli jest to interpretacja prawdziwa, świadczy o tym, że trójce muzyków nie brak poczucia humoru. Mniejsza zresztą o okładkę. Wypowiedzi członków Nirvany dla prasy potwierdzają, że lubią oni drwić z innych i z siebie. Gdy Cobainowi zadano pytanie, dlaczego łamie czasem na koncertach gryf, odparł: Gram na gitarach robionych specjalnie dla mnie. Łatwo się łamią. A Grohl poproszony o porównanie telewizji brytyjskiej i amerykańskiej wykrzyknął: No dobra, w angielskiej są ostrzejsze kolory. Nie są jednak dowcipnisiami. Nevermind to jedna z najważniejszych płyt rockowych lat dziewięćdziesiątych. Zostanie w naszej pamięci nawet wtedy, jeśli zespół nie stworzy już niczego wartościowego. Jak i wtedy, gdy zasypie nas arcydziełami przy których Nevermind straci swój blask. To drugie jest bardziej prawdopodobne. Ja w to wierzę.
| ||||



Po podpisaniu kontraktu z wielką firmą DGC i nagraniu albumu Nevermind grupa Nirvana, ceniona dotychczas przez garstkę entuzjastów rocka spod znaku Sub Pop, stała się supergwiazdą. Życie Kurta Cobaina, Chrisa Novoselica i Davida Grohla z dnia na dzień odmieniło się. Pojawili się w MTV i na okładkach wysokonakładowych magazynów rockowych. Najdroższe hotele stanęły przed nimi otworem. Banki zaczęły prześcigać się w propozycjach obsługi ich rachunków. Czy jednak sukces był tym, czego naprawdę pragnęli? Wraz z nim pojawiły się przecież problemy. Oskarżenia o zdradę ideałów, którym hołdowali. Zdradę własnej - nielicznej, ale naprawdę oddanej - publiczności. A także o artystyczny kompromis. O zaakceptowanie reguł gry obowiązujących w świecie muzyki pop. Najostrzej zaatakował grupę Jonathan Poneman, współwłaściciel firmy Sub Pop, która kilka lat temu umożliwiła trójce debiutantów nagranie pierwszych płyt, dwóch singli, jednej czwórki i jednego albumu. Porównał ich do Bruce'a Springsteena, jego zdaniem kukły w rękach obrotnych menażerów, dostarczyciela produktu na zamówienie - wmawianego ludziom jak proszek do prania, szampon czy mydło. Poneman ma oczywiście powody do żalu. Ma też właściwie prawo do napastliwych wypowiedzi. To jedno w końcu nie ulega wątpliwości: grupa wypięła się na jego firmę, jego wysiłki, jego plany. Wzgardziła opieką Sub Pop i znalazła sobie bardziej zamożnego i skuteczniejszego sponsora. Ale takie w końcu jest życie. Niesprawiedliwe, okrutne, plugawe. Otwarte pozostaje pytanie, czy muzyka Nirvany utraciła wraz ze zmianą wydawcy to, co nadawało jej wartość. Grohl twierdzi, że płyta Nevermind, wydana przez DGC, przypomina bardzo Bleach, firmowaną przez Sub Pop. A jeśli nawet różni się od niej, to tylko dlatego, że jest dziełem muzyków bardziej dojrzałych, sprawniejszych, bardziej doświadczonych. I rzeczywiscie. Nevermind to jakby udoskonalona wersja Bleach. Chociaż jednak muzyka grupy zyskała profesjonalny szlif, nie utraciła nic z dawnej ostrości, gwałtowności, żaru.