Grunge SoundGrunge Sound

Grunge Music Zone

Pearl Jam | Nirvana | Alice in Chains | Foo Fighters | Green River | Hole | Mudhoney | Soundgarden | Temple of the Dog

Grunge Sound

Serwis Olympia
Artykuł - Kurt fiction
Autor: Kamil Piechacki, artykuł ukazał się w XL
Dodane dnia 01-01-2004 przez hook
Wstecz
Dokładnie 5 kwietnia 2000 roku minie sześć lat od śmierci Kurta Cobaina, 8 kwietnia - sześć lat od poranka, kiedy znaleziono jego zwłoki w jego domu w dzielnicy seattlowskich bogaczy (dokładnie po drugiej stronie jeziora mieszka Bill Gates). 16 kwietnia - sześć lat od dnia jego kremacji. Jego śmierć zamknęła pierwszy i - jak się wtedy wydawało - jedyny rozdział w historii grunge'u. Dziś wiemy, że grunge przetrwał śmierć swojego herosa, jednak w szóstą rocznicę śmierci idola, spróbujemy zabawić się w pop-cultural fiction, czyli "co by było, gdyby Kurt...".
Co stało się 5 kwietnia AD 1994? Według policji Cobain w przypływie depresji skrobnął list, w którym napisał, że ma dość i pożegnał się z Courtney i Frances, a potem dwukrotnie strzelił - najpierw ze strzykawki a potem z remingtona. Zwolennicy teorii spisku znajdują w tej sprawie wiele niejasności. Na pierwszy plan wysuwają się zarówno te związane z faktem, że Cobain miał we krwi dawkę morfiny trzykrotnie przekraczającą tolerancję ludzkiego organizmu, jak i te, że żaden z czterech pozostawionych na broni odcisków palców nie był na tyle wyraźny, by można go było w nim rozpoznać izobary linii papilarnych Cobaina a pudełko z amunicją i długopis, którym napisano list, były czyste jak łzy.
Dlaczego zażywał heroinę? Tu koncepcji jest tyle, ilu interpretatorów, jednak najpopularniejszą z nich jest ta, że traktował ją jak lekarstwo na tajemniczy ból żołądka i... ból istnienia. Witamina H w zetknięciu się z krwią natychmiast zamienia się w morfinę. A gdzie mogłaby łączyć się z nią szybciej niż w żyle? Dlatego heroinę wstrzykuje się po to, by - w myśl idei olimpijskiej - działała szybciej, mocniej i (wynosiła) wyżej. A Kurt zawsze -jak w starej piosence Kultu - "miał wielkie ambicje". Rzecz jasna, artystyczne. Bez względu jednak na to, czy Cobain nie przerwałby detoksu i zostałby w ośrodku odwykowym Exodus w Marina Del Rey pod Los Angeles, czy też uciekł z niego, wrócił do Seattle, ale nie "strzelił samobója" (lub - jak uważają Ian Halperin i Max Wallace, autorzy książki "Kto zabił Kurta Cobaina? " - nie został zamordowany...) - pewne jest, że coś wisiało w powietrzu. Od jakiegoś czasu bowiem szeptano o kłopotach w Nirvanie. Kurt, Chris i Dave nie mogli się kompletnie dogadać. A gdy nie wiadomo, o co chodzi, zawsze chodzi o pieniądze. Wszystko zaczęło się dużo wcześniej, kiedy Courtney poszczuła Cobaina na kolegów z zespołu. W myśl kontraktu z Geffen bowiem honoraria autorskie dzielone były po równo między muzyków. Dlatego jeszcze przed wydaniem "In Utero" Kurt zażądał zmiany. Jego procent od zysków miał być większy, co zresztą mu się należało, bowiem to on robił najwięcej dla Nirvany. Dave i Chris doskonale to rozumieli, więc od razu, choć zapewne niezbyt chętnie, przystali na propozycję. Pech w tym, że Cobain chciał nie tylko większego procentu za płyty Nirvany, które miały się dopiero ukazać, ale też za te, które już się ukazały. Zagroził wówczas, że odejdzie z zespołu. Po wydaniu "In Utero", gdy w lutym '94 zespół wyruszył w trasę po starej, poczciwej Europie, zakończonej rzymską "wpadką" z miksera szampana i leków uspokajających o nazwie Rohypnol, podróżowali już oddzielnymi autobusami... Tym razem po powrocie do "bazy", to Chris i Dave z powodu kłopotów Cobaina z Courtney i z narkotykami chcieli opuścić zespół. Dodatkowo na kilka dni przed śmiercią Cobaina grupa odwołała swój udział w objazdowym festiwalu "Loolapalooza", co z kolei sprowokowało w prasie falę plotek. 5 kwietnia '94 jako pierwszy głos zabrał lokalny tygodnik muzyczny z Seattle "The Rocket" za nim poszedł "Los Angeles Times"... I tego się trzymajmy. W tym kontekście odczytajmy pochodzące z pożegnalnego listu słowa Nie mam już w sobie ani krzty pasji, więc pamiętajcie - lepiej jest szybko wypalić się niż znikać powoli. Nie ma wątpliwości, że pierwsza, najdłuższa część to pożegnanie. Tyle, że pożegnanie nie z życiem, ale show biznesem. Jedynie kilka ostatnich linijek może wskazywać na to, że jest to list samobójczy. Kwestię kilkunastu rozbieżności w charakterze pisma obu fragmentów pozostawmy grafologom i Tomowi Grantowi, który od lat prowadzi prywatne śledztwo w sprawie... zabójstwa Cobaina, i wróćmy do tematu.
Zatem gdyby Kurt wciąż żył, Nirvana - o ile by się nie rozpadła - to przynajmniej na czas jakiś zawiesiłaby działalność. Zapewne więc tak czy siak moglibyśmy słuchać płyt Foo Fighters i Sweet 75 - zespołów, które powstały na gruzach Nirvany. W tym czasie Cobain mógłby robić rzeczy różne. Albo jak sugeruje Suzi Blade, autorka jednej z jego rozlicznych biografii - zaszyć się gdzieś na odludziu i tam z dala od całego tego show - biznesowego zgiełku, nie będąc skazanym na coś, czego szczerze nienawidził, czyli na obcowanie z mediami, dojść do równowagi psychicznej. Problem tylko w tym - jak twierdzą ci, którzy rozmawiali z nim w ostatnich dniach marca i na początku kwietnia '94 - że wcale jej nie utracił, tylko czuł rozgoryczenie swą pozycją gwiazdy z konstelacji Freddie'ch Mercurych i Eddie'ch Van Halenów i Axlów Rose'ów, którą nigdy nie chciał być, i pozycją głosu pokolenia, do którego nigdy nie aspirował. Mógł więc bez gwiazdorskiego zadęda poświęcić się muzyce, bowiem: po pierwsze - odbył już kilka rozmów z legendą muzycznego podziemia, wokalistą R. E. M. Michaelem Stipe'em na temat wspólnego albumu; po drugie zaś - nosił się ponoć z zamiarem założenia własnej firmy płytowej, która promowałaby zdolnych, undergroundowych artystów. Od zawsze przecież pomagał mniej znanym zespołom. Nosił ich koszulki, proponował wspólne występy, pomagał podpisywać kontrakty. To właśnie dzięki Cobainowi świat usłyszał o pregrunge'owym The Melvins (Cobain był współproducentem ich albumu "Houdini"), Meat Puppets (bracia Kirkwood zagrali w pamiętnym koncercie z cyklu Unplugged), Jesus Lizard (z którymi Nirvana wydała tzw. splita, czyli wspólny singel: po jednej stronie utwór Kurta i spółki, po drugiej - kawałek... z Chicago), brytyjskim punkowym trio The Raincoats (ich numer znalazł się na płycie "Incesticide"), The Vaselines (rekomendacja Cobaina pomogła im podpisać kontrakt z Atlanic Records; swoją drogą też mała Frances Bean dostała swoje pierwsze imię na cześć frontmana tej grupy, Frances McKee) i Half Japanese (którego to jedyny koncert w Polsce w warszawskim CSW promowany był hasłem "ulubiony zespół Kurta Cobaina"). Nie powstałoby też kilka piosenek o samobójstwie i jarzmie bycia gwiazdą, zainspirowanych jego śmiercią (np. Juliana Copego "Queen/Mother", R. E. M. "Let Me In", For Squirells "Mighty K. C. ", Neil Young "Sleeps With Angels" i Catherine Wheel "Hole") a autorzy kilku innych nie zostaliby o napisanie takich utworów posądzeni (choćby Oasis "Cast No Shadow", Silverchair "Suicidal Dream" czy Filter "Hey Man Nice Shot") a ponad siedemdziesięciu nastolatków nie targnęłoby się na swoje życie. Co nas ominęło jeszcze, jeden Bóg raczy wiedzieć. Zapewne kilka (minęło dopiero sześć lat) wspaniałych płyt, kilkadziesiąt znakomitych piosenek, kilkaset niezwykłych koncertów (być może w czasie jednej z europejskich tras odwiedziłby nawet Polskę?). Jaką grałby muzykę? Któż to wie. Przecież już pod koniec '93 powiedział: Zaczynam mieć dość tej formuły. Opracowaliśmy ją do perfekcji, ale mamy jej już po dziurki w nosie. Pracowaliśmy nad nią tak długo, że stała się dla nas synonimem nudy. Lubimy grać to, co gramy, ale jak długo jeszcze będę mógł zdzierać sobie płuca, wrzeszcząc co wieczór przez okrągły rok. Jesteśmy do cna wyczerpani. Doszliśmy do punktu, w którym możemy się tylko powtarzać. Nie ma już niczego, do czego można dążyć, niczego, na co można czekać. Szukałby więc pewnie nowych dróg w obrębie tej samej mapy: muzyki niezależnej, z której się wywodził i której etyce starał się być wiemy Z pewnością więc zamiast płyty z orkiestrą symfoniczną wolałby nagrać album, łączący punkową wściekłość z breakbeatem, tak jak na swej najnowszej płycie zrobili to neogrunge'owcy z grupy Bush? Ale wtedy ani oni, ani Kangury z Silverchair nie mieliby zbyt wiele do powiedzenia. A nawet jeśli, to i tak niewielu chciałoby ich słuchać, bo po co tracić czas na epigonów, skoro można poobcować z oryginałem. .. Tak czy owak całą pulę zabrałby Cobain.
Oczywiście, historia mogła potoczyć się na wiele sposobów. Mogła też wybrać zupełnie inne ścieżki. Ale co nam szkodziło pomarzyć w szóstą rocznicę śmierci jednej z największych indywidualności XX wieku?




Grunge Sound

Serwis Olympia
© All Rights Reserved. 2001 - 2012 Serwis Olympia http://www.grunge-sound.com | partners