| |||||
| |||||
| Przypuszczam, że nagrywanie czwartego już w dorobku tej formacji albumu, nie było dla samych Fighters sprawą ani prostą ani łatwą, pominę kwestię czy przyjemną. No bo jak spokojnie skoncentrować się na nagrywaniu muzy, kiedy frontman zespołu "rozrywany" jest przez innych twórców, raz namiesza na nowej płycie Queens Of The Stone Age, przy okazji wspomoże trochę pana Bowiego i jeszcze zdąży popracować nad własnymi osobnymi projektami. Albo kiedy perkusista grupy ląduje w szpitalu o włos ocierając się o rzekomo lepszy świat. No, ale panowie jakoś pozbierali się do kupy i przysiedli nad materiałem i ostatecznie powstała ta płyta. Płyta, która w dorobku Foo Fighters wydaje się być pozycją nieco bardziej surową w porównaniu z poprzednimi krążkami kapeli. Album rozpoczyna singlowy "All My Live" - szybki, "czepliwy" numer z powerem i fajnym brzmieniem. Już po tej piosence wiadomo czego należy się spodziewać, wiadomo, że zespół nie przeszedł żadnej poważnej rewolucji w swoim brzmieniu. No bo z jednej strony mamy tutaj ostre rockowe zagrywki, z punkowym pazurem i odrobiną szaleństwa, a z drugiej nawet te najbardziej pokręcone piosenki dają się zanucić i do melodyjności tych numerów nie trzeba się specjalnie długo przekonywać. Ktoś mógłby stwierdzić, stary dobry Foo Fighters. | Sporo tutaj hałaśliwych, iście jazgotliwych brzmień, jak to się dzieje np. w "Low" ale panowie potrafią też zwolnić tempo i wtedy też wychodzą im całkiem przyzwoite rzeczy, jak np. zawodząca ballada "Tired Of You". Często też wkrada się tutaj popowe brzmienie, ale takie przywodzące na myśli raczej Beatlesów niż dzisiejsze pop stars, posłuchajcie sobie np. "Times Like This" czy pierwszych nut "Lonly As You". Jednak jak dla mnie, dwa najjaśniejsze punkty na tej płycie to "Have It All", (pierwsze wrażenie, to gitarowa solówka trochę jakby wzięta z Sisters Of Mercy) z mrocznym początkiem i "rozjaśnionym" refrenem oraz absolutny kiler z niespodzianką, ostatni na krążku "Come Back", (czy to jakaś paranoja czy faktycznie chórki i gitary są żywcem wycięte z brzmień, w których królują Queens Of The Stone Age?). W sumie "One By One" to kawałek dobrej roboty, bez specjalnych niespodzianek i rewolucyjnych zmian, ot po prostu, dobra płyta z dobrymi piosenkami, które wprawdzie nie rzucają na kolana, ale gdzieś tam pozostają na trochę w pamięci.
| ||||

