Grunge SoundGrunge Sound

Grunge Music Zone

Pearl Jam | Nirvana | Alice in Chains | Foo Fighters | Green River | Hole | Mudhoney | Soundgarden | Temple of the Dog

Grunge Sound

Serwis Olympia
Wywiady - Z archiwum X
Autor: Rozmawiał: Wiesław Weiss, wywiad ukazał się w Tylko Rock, wrzesień 1996
Dodane dnia 01-01-2002 przez hook
Wstecz
Gdy rozmawiałem z Dave'em Grohlem, dawniej perkusistą Nirvany, obecnie wokalistą i gitarzystą Foo Fighters, przed pół rokiem, w Pradze, spóźnił się na spotkanie kilka godzin. Zaspał. Tłumaczył się, że nie może przestawić się na czas europejski. Tym razem zdarzyło się dokładnie to samo. Poznał mnie jednak od razu i zaczął od słów: Tak, tak, pamiętam, co było w Pradze. Obudziłem się dopiero przed samym koncertem. Wiesz, kiedy zjawiłem się w klubie, ciągle jeszcze kleiły mi się oczy. Pamiętam, że gdy wyjrzałem zza kulis i zobaczyłem przed sobą publiczność, powtarzałem sobie: Co ja tu robię? No i rozmawialiśmy dopiero po północy... Tego dnia w Sopocie spotkaliśmy się nieco wcześniej - było dopiero parę minut po siódmej...

Duchy

WIESŁAW WEISS: Słyszałem, że masz kłopoty z duchem, który nawiedza twój dom w Seattle...

DAVID GROHL: Tak, to prawda. Ale wiesz, przenosimy się z żoną gdzie indziej...

WW: Z powodu ducha?

DAVE: Z powodu ducha, ale przede wszystkim dlatego, że dom, w którym mieszkamy, jest położony za daleko od miasta, a ja chciałbym spędzać więcej czasu w mieście. Mieszkamy już tam trzy i pół roku. I nawet się przyzwyczailiśmy. Wiesz, to nie jest tak, że nad głową latają naczynia, że jakieś przedmioty zaczynają wariować. Człowiek czuje się jednak trochę nieswojo. Czasami włosy stają ci dęba na głowie. Masz wrażenie, że ktoś ci się przygląda. Słyszysz tupot kroków. No ale, jak mówię, można się przyzwyczaić. Wiesz, to tak, jakbyś miał sublokatora. Jakby w twoim domu mieszkał jeszcze ktoś.

WW: Wydaje się, że jesteś człowiekiem zafascynowanym wszystkim, co tajemnicze. Mam na myśli nie tylko duchy, ale też te wszelkie powiązania Foo Fighters z niezidentyfikowanymi obiektami latającymi...

DAVE: Tak, masz rację. Myślę, że w historiach o duchach, w historiach o niezidentyfikowanych obiektach latających jest coś romantycznego... A poza tym... Wiara w duchy, wiara w niezidentyfikowane obiekty latające, wiara w Atlantydę, to źródło świetnej zabawy. Życie byłoby nudne bez rzeczy, których nikt nie potrafi wyjaśnić.

Foo Fighters

WW: Nagrałeś z Foo Fighters piosenkę Gary'ego Numana Down In The Park do serialu Z archiwum X, poświęconego właśnie takim mrocznym, niezbadanym stronom życia...

DAVE: Wiesz, ten film odegrał w Stanach istotną rolę. Zburzył bowiem spokój amerykańskich władz, otaczających pewne sprawy, zwłaszcza kwestię niezidentyfikowanych obiektów latających, tajemnicą. No a poza tym to świetny film. Naprawdę przerażający.

WW: A dlaczego nagraliście do niego piosenkę Gary'ego Numana, a nie coś własnego?

DAVE: Bo Gary Numan jest świetny (śmiech). Uwielbiam Gary'ego Numana, zwłaszcza z okresu Tubeway Army. To genialna muzyka.

WW: Byłem trochę zawiedziony, że w teledysku do piosenki Big Me nie pokusiliście się o nawiązanie do poetyki filmów science fiction, a zaproponowaliście parodię reklamówek Mentosa.

DAVE: Wiesz, to bardzo krótka piosenka. Trwa zaledwie dwie minuty i dziesięć sekund. Niełatwo więc było ją zilustrować. Rozmawialiśmy z różnymi reżyserami, pytaliśmy ich, jak by to zrobili, i wszyscy mieli świetne pomysły na wspaniałe, efektowne clipy. Uważaliśmy jednak, że nie tędy droga. Big Me to przecież błaha, głupiutka piosenka miłosna. I nagle jeden z reżyserów powiedział: Zróbmy to w konwencji reklamówek Mentosa. Bardzo mi się spodobał ten pomysł. Piosenka jest przecież tak krótka, a jej temat przypomina trochę melodię z reklam Mentosa. No a poza tym zależało mi, by w tym teledysku pojawił się element humoru, by widzowie zobaczyli w nas ludzi obdarzonych poczuciem humoru. I wiesz, gdy dziś gramy Big Me, w Stanach obrzucają nas Mentosami - kończymy oblepieni nimi od stóp do głowy (śmiech).

WW: Czy nie kusi was jednak, by zrobić kiedyś clip w konwencji science fiction?

DAVE: Wiesz, twórcy serialu "Z archiwum X" bardzo chcieli, byśmy zrobili clip do Down In The Park. Telefony od nich się urywały. Ale... Chociaż lubię science fiction, chociaż pociąga mnie tajemnica niezidentyfikowanych obiektów latających, chociaż zawsze uważałem, że gwiazdy są piękne, chociaż intryguje mnie to, co nieznane, nie chciałbym, by nasz zespół otrzymał nalepkę science fiction. Foo Fighters to zespół jak każdy inny. Nie każda nasza piosenka dotyczy niezidentyfikowanych obiektów latających, przestrzeni kosmicznej (śmiech). A w nazwie Foo Fighters najbardziej lubię to, że czuje się, iż kryje się za nią grupa ludzi. A nawiązanie do niezidentyfikowanych obiektów latających to tylko żart. Nie chciałbym, by ludzie oczekiwali od nas, że pojawimy się na scenie w strojach kosmitów.

WW: Chociaż pierwsza płyta Foo Fighters rozeszła się już w Stanach w ponad milionie egzemplarzy, słyszałem, że nadal unikacie jak ognia dużych obiektów, mogących pomieścić ponad cztery tysiące słuchaczy. Cóż takiego złego jest w sukcesie?

DAVE: Ależ nic! Rzecz w tym, że sukces dla każdego znaczy coś innego. Może ty uważasz, że sukces to zagrać dla osiemdziesięciu tysięcy ludzi. Dla mnie sukces to świadomość, że stanowimy wraz z Patem Smearem, Nate'em Mendelem i Williamem Godsmithem naprawdę dobry zespół. Ja nie potrzebuję już więcej szmalu. Nie potrzebuję presji tłumu skandującego pod sceną: Foo Fighters! Wiesz, dziś widzę to wszystko inaczej niż jeszcze niedawno. Gdy kilka miesięcy temu rozmawiałem z tobą w Pradze, byliśmy z Foo Fighters na pierwszej trasie po Europie. To znaczy - graliśmy tu już wcześniej, ale w gruncie rzeczy była to nasza pierwsza europejska trasa. Wtedy tak naprawdę dopiero zaczynaliśmy. I mogłem wszystko widzieć trochę inaczej niż dziś. W tej chwili, gdy wracam do Stanów, do Seattle, gdy idę ulicą, każdy widzi we mnie faceta z Foo Fighters. Ludzie zaczepiają mnie, poklepują po ramieniu i mówią, powiedzmy: Fajny ten mentosowy teledysk! (śmiech). A ja naprawdę nie mam ochoty być gwiazdą rocka, przyjemniaczkiem, którego wszyscy poklepują po ramieniu, chłopakiem, który gra dla dziesięciu tysięcy rozwrzeszczanych panienek. To nie dlatego zająłem się muzyką. Jestem oczywiście bardzo szczęśliwy, że losy naszej grupy potoczyły się tak a nie inaczej, że udało mi się pozyskać do Foo Fighters właśnie tych muzyków. Ale pozycja, jaką osiągnąłem, naprawdę mnie satysfakcjonuje. Gdybym wspiął się wyżej, pewnie przestałbym czuć się tak dobrze. Nie czułbym się tam naturalnie, czułbym się dziwnie. No o poza tym podczas koncertów dla tysięcy słuchaczy nigdy nie brzmi się dobrze. Dźwięk jest zawsze okropny.

Grunge

WW: Jak myślisz dziś, jaki był główny powód eksplozji rocka i Seattle?

DAVE: Myślę, że wywołała ją działalność mediów. Zwłaszcza angielskiej prasy muzycznej. Gdy tylko pojawiała się interesująca nowa płyta jakiegoś zespołu z Seattle, angielscy dziennikarze już tam byli. Pili z zespołami, a po powrocie pisali, że te zespoły są świetne. No i ludzie zaczęli kupować płyty wydawane przez Sub Pop (wytwórnię z Seattle - przyp. ww). Moim zdaniem to sprawka mediów. Bez mediów do niczego by nie doszło. To znaczy - w Seattle było sporo dobrych zespołów. Ale przecież dobre zespoły są wszędzie. I większość z nich pozostaje nieznana. Grupom z Seattle pomogła prasa, która zaczęła o nich pisać. A w odpowiedzi na tę pisaninę pojawiła się cała seria dobrych płyt - Nevermind Nirwany, Badmotorfinger Soundgarden, Dirt Alice In Chains, Ten Pearl Jam, Uncle Anesthesia Screeming Trees, Every Good Boy Deserves Fudge Mudhoney. I wszystkie ukazały się w ciągu jednego roku. I nawet jeśli ktoś z mediów nie zwrócił jeszcze wtedy wzroku w stronę Seattle, nagle został zasypany dobrymi płytami, a każda pochodziła właśnie stamtąd. To jest z Seattle! I to jest z Seattle! I tamto jest z Seattle! A wszystko, co pochodzi z Seattle, jest świetne! (śmiech). Tak to mniej więcej wyglądało.

WW: Co znaczy dla ciebie termin grunge?

DAVE: Nic, zupełnie nic. Nie rozumiem go. Moim zdaniem jedyny zespół, do którego pasuje określenie grunge, to Mudhoney. Wszystkie pozostałe były zupełnie inne. Słowo grunge kojarzy mi się z garażowym brzmieniem z lat sześćdziesiątych, z muzyką, jaką robili MC5, Iggy Pop z The Stooges, zespoły tego rodzaju. Ale nie Pearl Jam. Nie Alice In Chains, Grunge wydaje mi się określeniem z innej epoki, z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Kojarzy mi się z nieprofesjonalnym graniem, wiesz, wraaanghwraaangwraaangh, z takim pięknym hałasem. Czy ja zresztą wiem (śmiech)? Ja nie używam tego słowa. A jeśli go używam, to tylko dla żartu. W Seattle nie używa się słowa grunge. Używa się takich terminów, jak garażowe granie, metal, rock, punk, hardcore. Ale nikt nigdy nie mówi grunge, naprawdę. Może dlatego, że gdybyś powiedział grunge, to tak, jakbyś powiedział muzyka z Seattle. Wszystko co z Seattle było bowiem postrzegane na świecie jako grunge. Ba, od każdego wykonawcy z Seattle oczekiwano nawet określonego, grunge'owego wyglądu. Wiesz, flanelowe koszule, wojskowe buty, kozie bródki, śmieszne kapelusze.

Nirvana

WW: Podobno podczas twojego pierwszego koncertu w barwach Nirvany, w październiku 1990 w North Shore Surf Club w Olympii, zagrałeś z taką furią, że rozwaliłeś werbel. Czy pamiętasz ten występ?

DAVE: Tak, pamiętam. Byłem oczywiście potwornie zdenerwowany... Jeśli się nie mylę, był to pierwszy koncert, jaki kiedykolwiek zorganizowano w North Shore Surf CIub. Nie mieli żadnych doświadczeń i wszystkie wzmacniacze włączyli do jednego gniazda. Zaczęliśmy grać, gramy, gramy, i nagle wysiadł prąd. Ktoś poszedł na zaplecze, pogrzebał, udało mu się włączyć prąd. Znowu zaczęliśmy grać, gramy, gramy, i nagle znowu wysiadł prąd. I tak ze cztery razy (śmiech). Dopiero potem ktoś włączył wszystkie te sznury do różnych gniazd i wtedy mogliśmy dokończyć występ bez przeszkód. Tak, to był niezły ubaw. Dla mnie było to dość niesamowite przeżycie. Pamiętam, że przyjechaliśmy do tego klubu i zobaczyliśmy, że przed wejściem czeka jakieś sześćset osób, by dostać się do środka. Dla mnie było to coś tak niesamowitego, że zadzwoniłem do mamy: Zagramy dla sześciuset osób, wyobrażasz sobie? (śmiech) A mama: Łau! Naprawdę? (śmiech). Naprawdę! Nie mogłem w to uwierzyć. I w dodatku ci ludzie szaleli przy muzyce Nirvany, co bardzo nas podnieciło i daliśmy naprawdę dobry koncert. Od chwili, gdy udało się rozwiązać problem z elektrycznością, to był świetny koncert. Wcześniej - nie bardzo. W każdym razie ja byłem ogromnie podekscytowany. I rzeczywiście rozwaliłem werbel.

WW: Pomówmy o innym występie Nirvany, który zapewne dobrze pamiętasz. W styczniu 1993 roku daliście wielki koncert na stadionie Morumbi w Sao Paulo. Działo się tam wiele. W Smells Like Teen Spirit dołączył do was Flea z Red Hot Chili Peppers. A wykonaliście też coś tak nieoczekiwanego, jak Rio zespołu Duram Duran zamieniając się rolami - ty śpiewałeś i grałeś na basie, Krist zagrał na gitarze, a Kurt usiadł za bębnami...

DAVE: Och, to był zwariowany koncert. To był kawał - cały ten koncert był żartem. To miało być zabawne. Myśleliśmy, że jest zabawne. Ale dla tych sześćdziesięciu tysięcy ludzi to nie było śmieszne. Widać było, że są wkurzeni (śmiech). Moja żona stała za sceną i widziałem na jej twarzy pytanie: Co ty wyprawiasz?

Nevermind

WW: Kiedy zorientowałeś się, że Nevermind to płyta słuchana przez cały świat?

DAVE: Gdy ktoś mi o tym powiedział (śmiech). Zupełnie nie spodziewałem się jej sukcesu. Minął chyba z rok od chwili jej wydania, gdy zdałem sobie sprawę z jej powodzenia. Rzecz w tym, że od chwili jej wydania byliśmy w trasie i nie wiedzieliśmy, co dzieje się wokół nas. Nie interesowaliśmy się listami bestsellerów. Nie mieliśmy pojęcia, jak sprzedaje się nasza płyta. Oczywiście, czuliśmy, że coś się dzieje, bo na nasze koncerty przychodziło coraz więcej ludzi. Ale to był jedyny sygnał, naprawdę.

WW: Podobno na sesję Nevermind wybrałeś się z Kurtem do Los Angeles starym zdezelowanym Datsunem...

DAVE: To prawda. Wybraliśmy się w tę podróż starym Datsunem, ale nic z tego nie wyszło. Kurt dostał ten samochód od kogoś za darmo, chyba od jakiejś starszej pani. Zapytała go: Hej, chcesz tego grata? No więc ruszyliśmy w dwójkę, a z tyłu wrzuciliśmy wszystkie nasze graty. Ale gdzieś po dwóch godzinach samochód odmówił posłuszeństwa. Nawalił. No i musieliśmy wrócić do domu i zabrać się innym, bardziej sprawnym wozem. Ale ta przygoda z Datsunem była naprawdę zabawna.

WW: Kurt twierdził, że album Nevermind bardzo wiele zawdzięczał faktowi, iż nagraliście go w słonecznej Kalifornii. Mówił: Nie sądzę, byśmy byli zdolni stworzyć coś równie udanego w stanie Waszyngton. Czy podzielasz tę opinię?

WW: Przeżyliśmy wtedy coś dziwnego... Mieszkaliśmy w stanie Waszyngton, gdzie jest zimno, niebo jest szare, bez przerwy pada, a ludzie są skwaszeni. I nagle znaleźliśmy się w Kalifornii, gdzie zawsze jest wspaniała pogoda, ludzie są piękni, ba, nawet samochody są pomalowane z fantazją. Dla nas było to coś nierzeczywistego, dziwnego. Było oczywiście bardzo przyjemnie. W przerwach między nagraniami jeździliśmy na motocyklach, szwendaliśmy się po plaży... Kurt miał pewnie rację.

WW: Butch Vig, producent Nevermind, twierdzi, że najwięcej kłopotu sprawiła wam w studiu piosenka Something In The Way. Czy to prawda?

DAVE: Owszem.

WW: Jaki był powód?

DAVE: To musiało być zrobione w doskonały, perfekcyjny sposób. A my nie byliśmy doskonałymi, perfekcyjnymi muzykami. My byliśmy miernotami. Byliśmy bardzo miernym zespołem. Poza tym to była pierwsza nasza piosenka, w której pojawiała się wiolonczela. To było coś zupełnie innego niż wszystkie inne utwory. To nagranie wymagało od nas ogromnej koncentracji. Ale wypadło całkiem nieźle.

WW: Podobno z początku chcieliście zrezygnować z nagrania utworu Smells Like Teen Spirit - tego, który później stał się pierwszym wielkim przebojem Nirvany. Czy to prawda?

DAVE: Tak, to prawda. Uważaliśmy, że to kawałek zerżnięty od The Pixies. Wydawało nam się, że jest w nim za dużo z The Pixies. No ale potem puszczaliśmy go różnym ludziom. I każdy mówił nam, że to coś wspaniałego. Tymczasem nam o wiele bardziej podobały się inne piosenki powstałe w tym czasie, choćby Lithium czy Come As You Are. Utwór Smells Like Teen Spirit wydawał nam się nudny.

WW: Jak narodził się pomysł nagrania Endless Nameless, dodanego na końcu płyty po długiej przerwie?

DAVE: Nie pamiętam dokładnie. Zdaje się, że chodziło o to, by zrobić kawał ludziom, którzy mają odtwarzacze na sześć płyt. Chcieliśmy rozpieprzyć ich urządzenia. Wiesz, facet wrzuca sześć płyt i gdy Nevermind dobiega końca, czeka, aż mu zacznie grać jakaś inna. Tymczasem następuje długa cisza. A potem nagle ta eksplozja zgiełku (śmiech)...

WW: Zdaje się, że Kurt nie był tak całkiem zadowolony z brzmienia Nevermind. Ironizował, że ta płyta brzmi raczej jak dzieło Motley Crue niż zespołu punkowego, za jaki uważał Nirvanę...

DAVE: No tak. Wiesz, jeśli przypomnisz sobie Bleach, pierwszy album Nirvany, zrozumiesz, o co chodzi. Produkcja na Bleach była naprawdę niesamowita, dziwna, intrygująca. Było tam wspaniałe brzmienie gitary, było wariackie brzmienie basu, było dziwne brzmienie bębnów... A wszystko razem stanowiło wyborną mieszankę. Takie jest moje zdanie. Nie grałem na tej płycie, ale bardzo ją lubię. A Nevermind brzmi jak dzieło The Knack, kogoś w tym rodzaju. To nowoczesna, gładka produkcja. Zupełnie nie brzmi jak płyta Nirvany. Bo my brzmieliśmy fatalnie, my nie byliśmy dobrymi muzykami. I jeśli ktoś po usłyszeniu Nevermind wybrał się na nasz koncert, spotykał go zawód. Zamiast tego perfekcyjnego grania słyszał: chrrrrrrrrrrrr-ghahgraghr. W dodatku utwory były krótsze, bo na żywo graliśmy je szybciej...

In utero

WW: Czy praca w Minnesocie nad płytą In Utero była doświadczeniem innym niż sesja Nevermind...

DAVE: Tak. Przede wszystkim trwała znacznie krócej - zaledwie dwa tygodnie. Nevermind nagrywaliśmy przez jakiś miesiąc. A tym razem wystarczyły nam tylko dwa tygodnie. No i Steve Albini pracuje inaczej niż Butch Vig. Nie kładzie nacisku na perfekcję wykonania, a na energię. Ledwie zagraliśmy mu jakiś kawałek, a on mówił: Dobra, co tam macie jeszcze? Pytaliśmy więc: Zaraz, zaraz, czy na pewno wszystko w porządku? Czy wykonanie było takie, jakiego oczekiwałeś? A on mówił: Nie dbam o to. (śmiech). A więc było znacznie inaczej. In Utero to było absolutne przeciwieństwo Nevermind.

WW: Jak myślisz, jak wielki był wkład Steve'a Albiniego w tę płytę?

DAVE: Wiesz, ja uwielbiam Steve'a Albiniego. Uważam go za geniusza. Uwielbiam brzmienie, jakie uzyskuje, oparte na charakterystycznym dźwięku bębnów. Właśnie dlatego chcieliśmy z nim pracować - ze względu na brzmienie perkusji w nagraniach, które produkuje. Nikt inny nie potrafi uzyskać takiego brzmienia. To jego tajemnica - nikt jej nie zna, ja także nie. Wiesz, ja uwielbiam wszystkie płyty, które produkował Steve Albini - The Breeders, The Pixies, The Jesus Lizard. Każda płyta, do której się dotknął, brzmi cholernie dobrze. Brzmi tak, jakby została nagrana na żywo. Nie brzmi jak płyta nagrana w studiu...

WW: Nie jest jednak tajemnicą, że nie do końca byliście zadowoleni z produkcji Steve'a Albiniego i zatrudniliście później Scotta Litta, żeby zremiksował niektóre nagrania...

DAVE: Tak, to prawda. Uważaliśmy, że trzeba jeszcze popracować nad stroną dynamiczną kilku piosenek. Steve Albini nie uznaje bowiem kompresji w studiu. I jeśli piosenka zaczyna się bardzo cicho, a potem następuje część bardzo głośna, Steve nagrywa ją właśnie tak: najpierw nie słyszysz prawie nic, a potem nagle dochodzi do eksplozji. Uważaliśmy więc, że niektóre piosenki, jak Heart-Shaped Box, wymagają staranniejszego miksu. Uważaliśmy, że ktoś powinien przyjrzeć się z bliska temu, jak się rozwijają. Steve Albini takimi sprawami się nie interesuje. Słucha utwór, potem ustawia gitarę tu, bas tu, bębny tu, no i jazda. Tymczasem niektóre piosenki, jak All Apologies czy Heart-Shaped Box, wymagały jeszcze naszym zdaniem pewnych drobnych zabiegów.

WW: Czy masz jakieś wyobrażenie, jak brzmiałaby kolejna płyta Nirwany?

DAVE: Nie, nie! Nie mam pojęcia.

Przyszłość

WW: Słyszałem, że przygotowujesz z Kristem Novoselicem album koncertowy Nirvany...

DAVE: Tak, ukaże się w październiku. Będzie zawierał piętnaście, może szesnaście utworów.

WW: Nagranych podczas jednego koncertu?

DAVE: Nie, podczas różnych koncertów. Na rynku jest mnóstwo bootlegów Nirvany. Są setki koncertowych bootlegów Nirvany. Ale większość z nich zawiera nagrania z tych samych koncertów. Krążą nagrania z jednego występu w Amsterdamie, z jednego występu we Włoszech, z kilku występów w Stanach. Nagrania z zaledwie sześciu czy siedmiu koncertów zostały wydane na jakichś trzystu płytach. Zależało nam więc, by na płycie, która ukaże się oficjalnie, znalazły się nagrania z koncertów, które nie zostały zarejestrowane przez wydawców bootlegów. Zależało nam też, by były to nagrania jak najlepszej jakości. No i wreszcie zależało nam, by na tę płytę trafiły rzeczywiście najostrzejsze utwory Nirvany, jak Scentless Apprentice, jak School, jak Breed, jak Drain You, jak Aneurysm. To nie ma być coś takiego jak Unplugged - milutka płyta, która spodobałaby się pewnie i tej paniusi (wskazuje na przechodzącą obok nas, elegancko ubraną damę w średnim wieku). To ma być zbiór najostrzejszych, najcięższych, najszybszych utworów Nirvany. Nie będzie na niej ani jednej przyjemnej piosenki (śmiech). To nie ma być album w stylu Peter Frampton Comes Alive. To nie ma być zbiór przebojów Nirvany w wersjach koncertowych. To ma być ostra, gwałtowna, mocna płyta.

WW: Czy jej tytuł jest już ustalony?

DAVE: Owszem, ale nie zdradzę go jeszcze dziś.

WW: OK. Kiedy ukaże się druga płyta Foo Fighters?

DAVE: Nie wiem. Prawdopodobnie w lutym przyszłego roku.

WW: Czy zaczęliście ją już nagrywać?

DAVE: Nie. Chcemy zacząć we wrześniu. Na razie jestem zajęty pisaniem muzyki do filmu.

WW: Do jakiego filmu?

DAVE: Do filmu, który nosi tytuł Touch. Zadzwonili do mnie i zaproponowali, bym to zrobił. Nigdy nie pisałem muzyki do filmu. Potraktowałem tę propozycję więc jak wyzwanie. Gdy zakończymy trasę, muszę nagrać muzykę do tego filmu. Ukaże się ona na płycie. Potem czeka mnie przeprowadzka. No i dopiero wtedy zaczniemy nagrywanie drugiego albumu Foo Fighters.

WW: Nate Mandel powiedział mi, że wszystkie utwory są już napisane...

DAVE: No tak. Stworzyliśmy je razem - na próbach przed koncertami. Będzie to więc płyta inna niż pierwsza, jak pewnie pamiętasz - od początku do końca moje dzieło, rzecz dość jednowymiarowa. Nasza nowa muzyka brzmi potężniej. Mamy jakieś trzynaście, czternaście kawałków - bardzo różnych, szybkich i wolnych, krótkich i długich, cholernie ostrych, utrzymanych w stylu Black Flag, i balladowych, sentymentalnych, z akustyczną gitarą. Jestem z tej muzyki bardzo zadowolony iż z ekscytacją myślę o chwili, gdy wejdziemy do studia, by ją nagrać.




Grunge Sound

Serwis Olympia
© All Rights Reserved. 2001 - 2012 Serwis Olympia http://www.grunge-sound.com | partners