Grunge SoundGrunge Sound

Centrum Muzyki Grunge

Pearl Jam | Nirvana | Alice in Chains | Foo Fighters | Green River | Hole | Mudhoney | Soundgarden | Temple of the Dog

Muzyka Grunge

Serwis Olympia
Wywiady - Niezindentyfikowane obiekty latające
Autor: Rozmawiał: Wiesław Weiss, wywiad ukazał się w Tylko Rock, 1995
Dodane dnia 01-01-2002 przez hook
Wstecz
Jest uroczym człowiekiem. Pełnym radości, pełnym optymizmu, pełnym wiary w przyszłość. Mimo że - jak sam przyznaje - ból po śmierci Kurta Cobaina nie opuszcza go ani na moment. Ma w sobie coś z dużego dziecka. Gdy opowiada o Foo Fighters, największej przygodzie swojego życia, na jego twarzy maluje się w każdym razie wyraz entuzjazmu, na jaki stać tylko dzieci...
Wywiad został zaplanowany na szesnastą po południu, ale Dave po całonocnej podróży z Niemiec zaspał w hotelu. I pojawił się w praskim Sky Club Brumlovka dopiero tuż przed koncertem. O rozmowie nie było już wtedy mowy. Zapewnił jednak, że spotka się z "Tylko Rockiem" po koncercie. Obserwując go na scenie, widząc, jak wiele z siebie daje, nie bardzo jednak wierzyłem, że po występie będzie mu się jeszcze chciało gadać z dziennikarzami. A jednak słowa dotrzymał. I 22 października tuż przed północą udzielił wywiadu naszemu pismu.

WIESŁAW WEISS: Dave, opowiedz mi, jak powstała grupa Foo Fighters?

DAVE GROHL: Nate Mendel był przyjacielem przyjaciółki mojej żony. I wpadli do nas na uroczysty obiad w Dniu Dziękczynienia. Nie znałem go wcześniej osobiście. Jakoś nie miałem okazji posłuchać grupy, w której grał, Sunny Day Real Estate, na żywo. Ale jej nazwa nie była mi obca, ponieważ w Seattle mówiło się o niej jako o formacji, która ma przed sobą wielką przyszłość. Wpadli więc do nas na obiad, trochę gadaliśmy, no i tyle. Ale kilka tygodni później grupa Sunny Day Real Estate grała w Seattle. Wybrałem się więc na ten koncert. I spotkałem przyjaciela, który znał dobrze Sunny Day Real Estate. Od niego dowiedziałem się, że dni formacji są policzone - zagra jeszcze jedną trasę i koniec. A ponieważ byłem pod wrażeniem umiejętności Williama Goldsmitha, świetnego bębniarza, no i Nate'a, niesamowitego basisty, postanowiłem dać im taśmę z moimi kompozycjami. Tak też zrobiłem. Oni zaraz potem pojechali w trasę. A gdy ich zespół rzeczywiście się rozleciał, zaczęliśmy razem próby. I od samego początku naprawdę świetnie nam się ze sobą pracowało. Brzmieliśmy razem wspaniale. A kilka tygodni później byłem w Los Angeles i dałem też taśmę z moją muzyką Patowi (Pat Smear, były partner Dave'a z Nirvany - przyp.). Wcale nie proponowałem mu, by dołączył do nas. Szczerze mówiąc, przez myśl mi nie przeszło, że miałby ochotę dołączyć do mojej grupy. Ponieważ jest moim przyjacielem, chciałem po prostu, żeby posłuchał, co udało mi się stworzyć. I on posłuchał tej taśmy, i powiedział: Wiesz, całkiem niezłe. A ja na to: Dzięki. Po chwili zaś odważyłem się bąknąć: Może chciałbyś grać w zespole? Na co on: Pewnie. Nie mogłem w to uwierzyć! Wiesz, Pat to Pat. Później dzwoniłem do niego mniej więcej raz w tygodniu i pytałem: Nadal chcesz być w tym zespole? A on ciągle odpowiadał: Stary, oczywiście, że tak. Tak to się zaczęło.

WW: Czy proponowałeś dołączenie do Foo Fighters Kristovi Novoselicowi?

DAVE: Wiesz, pracowaliśmy trochę w dwójkę - stworzyliśmy kilka piosenek i nagraliśmy je razem, tylko bas i perkusja. Gdy więc później zarejestrowałem sam ten materiał (chodzi o piosenki, które trafiły na płytę Foo Fighters - przyp.), dałem mu oczywiście taśmę. A on powiedział: Może być, w porządku. Ale nigdy tak naprawdę... To znaczy, trochę rozmawialiśmy o tym, by grać razem, ale on nie bardzo miał czas. Był zajęty innymi sprawami, jak fundusz pomocy ofiarom wojny w Bośni czy organizacja powołana do walki z cenzurą w Stanach - JAM-PAC. Bez reszty zaangażował się w działalność polityczną. Może dobrze, że tak się stało. On robi swoje, ja robię swoje, ale nadal przecież jesteśmy przyjaciółmi, widujemy się bardzo często, dużo ze sobą rozmawiamy. Bardzo go lubię, to wspaniały człowiek.

WW: Podobno nazwa Foo Fighters oznacza niezidentyfikowane obiekty latające...

DAVE: Tak, rzeczywiście (śmiech).

WW: Skąd pomysł na taką nazwę?

DAVE: Uwielbiam stare filmy science fiction, literaturę fantastyczną, stare kosmiczne zabawki. Zawsze fascynowała mnie tematyka kosmiczna, interesowałem się niezidentyfikowanymi obiektami latającymi. I wpadła mi w ręce książka ze wspomnieniami pilotów, którzy podczas drugiej wojny światowej natykali się tu w Europie na niezidentyfikowane obiekty latające. Nazywali je właśnie foo fighters. Gdy więc nagrałem płytę, a jak wiesz powstała ona, zanim narodził się zespół, pomyślałem sobie, że zamiast nazwiska umieszczę na okładce słowa Foo Fighters. Chciałem bowiem, by robiła wrażenie dzieła grupowego. Foo Fighters! Widzisz taką nazwę i od razu sobie myślisz, że musi się za nią kryć jakaś większa grupa ludzi...

WW: Płytę nagrałeś sam, ale podobno honoraria, jakie za nią otrzymujesz, dzielisz między całą waszą czwórkę. Dlaczego? Przecież koledzy nie uczestniczyli w sesji - zespół zebrałeś później.

DAVE: Dlaczego? Ponieważ nie lubię solowych przedsięwzięć. No chyba, że jest to przedsięwzięcie Prince'a. Prince jest w porządku (śmiech). Albo Little Richarda. Albo Jimiego Hendrixa. Chociaż czy Jimi Hendrix był solistą? Nigdy nie miałem zamiaru robić niczego, co można by podsumować słowami: ja, ja, ja i jeszcze raz ja. I chociaż nagrałem tę płytę sam, traktowałem ją tylko jako punkt wyjścia. Myślałem tak: Mam na początek od tego możemy zacząć, na tym fundamencie możemy coś zbudować". Na pewno dziś już bym czegoś takiego nie zrobił - nie nagrałbym tej płyty sam. Następny album Foo Fighters będzie dziełem zespołowym. Dlaczego dzielę się z kolegami forsą za album? Bo im się to należy. Ciężko razem harujemy. Może z boku nie wygląda to na wielki wysiłek, ale to jest wielki wysiłek - wędrówka przez świat, niedosypianie, niedojadanie...

WW: Wiem, że piosenki, które trafiły na płytę, rodziły się przez kilka lat. Jak to było?

DAVE: Komponowałem te piosenki dla zabawy. Rzeczywiście pochodzą one z długiego, bo aż sześcioletniego okresu mojego życia. To było tak, że gdy wpadł mi do głowy pomysł jakiejś melodii, szedłem do kumpla, który urządził sobie w piwnicy małe studio, i nagrywałem najpierw bębny, potem gitarę, potem drugą gitarę, potem bas, potem głos. Tak sobie eksperymentowałem. Robiłem to naprawdę tylko dla jaj. No a może chciałem się też przekonać, czy potrafię stworzyć dobrą piosenkę. W każdym razie próbowałem tego i owego. I zanim powstała ta taśma (chodzi o materiał wypełniający płytę Foo Fighters -przyp.), miałem w zanadrzu z trzydzieści, a może nawet czterdzieści zarejestrowanych piosenek. Było ich tyle, że wystarczyło wybrać te, które podobały mi się najbardziej. A potem wystarczyło już tylko nagrać je jeszcze raz.

WW: Która z tych piosenek jest najstarsza?

DAVE: Nie bardzo już w tej chwili pamiętam. Prawdopodobnie Alone And Easy Target. Ale wśród piosenek, które nagrałem, były jeszcze starsze, tyle że ostatecznie nie trafiły na płytę.

WW: Czy doświadczenia z zespołów, w których grałeś wcześniej, chociażby ze Scream czy z Nirvaną, pomogły ci stworzyć repertuar Foo Fighters?

DAVE: Pomogły mi ogromnie. Człowiek zawsze się uczy od muzyków, z którymi pracuje. Przed laty grałem na przykład w takim zespole Dain Bramage. Mieliśmy świetnego wokalistę i gitarzystę (Reubena Raddinga - przyp.), który grał dziwacznymi akordami- współpraca z nim była niezwykle inspirująca. Potem byłem w Scream - tej grupie zawdzięczam zwłaszcza umiejętność aranżowania swoich utworów. No a to była szkoła świetnych, niemal popowych melodii. Oczywiście, że piosenki Foo Fighters to owoc doświadczeń, jakie zbierałem przez lata. Wiesz, w niektórych z nich potrafię wskazać elementy wzięte wprost z muzyki, jaką grałem w przeszłości, nawet odległej, powiedzmy z okresu, gdy miałem siedemnaście lat.

WW: Jak narodził się pomysł zaproszenia do udziału w nagraniu płyty Foo Fighters Grega Dulli, lidera zespołu Afghan Whigs?

DAVE: Greg jest moim serdecznym przyjacielem. A ponieważ mieszka w Seattle, kiedy nagrywałem płytę, wpadł do studia, posłuchał, pochwalił. Zapytałem więc, czy nie zagrałby na gitarze w którymś z nagrań. A on po prostu wziął instrument i zagrał.

WW: Dlaczego na okładce płyty umieściłeś pistolet?

DAVE: Zawsze lubiłem takie zabawki... Miałem przez tę okładkę sporo kłopotów. Zupełnie tego nie przewidziałem. To przecież tylko zabawka. Zespół nazywa się Foo Fighters, a więc Niezidentyfikowane Obiekty Latające, tworzymy wokół siebie atmosferę, jaka cechuje literaturę fantastyczną, a więc wydawało mi się, że na okładkę naszej płyty świetnie będzie pasował taki kosmiczny pistolecik. Ale wielu ludziom to się nie podobało. Mówili: "Hm, pistolet. Co za perwersyjnie przewrotny pomysł. (wizerunek pistoletu na okładce płyty Foo Fighters interpretowano jako aluzję do śmierci Kurta Cobaina - przyp.). Moim zdaniem jednak to właśnie ci, którzy oburzają się okładką płyty Foo Fighters, są zboczeni. To tylko zabawka. Zabawka, która wprowadza w kosmiczny klimat albumu.

WW: Dave, dziękuję ci za rozmowę. Powiedz na zakończenie, czy Foo Fighters zobaczymy kiedyś w Polsce?

DAVE: Kto wie, może?

Serdeczne podziękowania dla Kingi Siennickiej i Pomatonu.


Muzyka Grunge

Serwis Olympia
© Wszelkie prawa zastrzeżone. 2001 - 2009 Serwis Olympia - http://www.grunge-sound.com | partners