| |||||
Tak się składa, że Nirvana była wielkim zespołem. Co do tego pewnie nie miały nawet wątpliwości myszy harcujące w sali ich prób. Jeżeli natomiast rozmyślam sobie o Foo Fighters... zawsze miałam wątpliwości. Nawet mimo tego, że Dave Grohl nie był pierwszym lepszym bębniarzem, którego przestrzeń wzrokowa zawężała się do perkusji i dwóch pałek. Nawet przy pierwszym albumie Foo Fighters, gdzie Grohl praktycznie zadebiutował jako muzyczna Zosia Samosia, a po sformowaniu kapeli MTV non stop młóciło, zaraz co to było, "Big Me"? i jakoś do końca nie byłam przekonana do tej formacji. Jednak w końcu przeprosiłam się z ich muzą. Pamiętam dokładnie, kiedy ponad 2 lata temu, na jednym z letnich festiwali jedną z głównych gwiazd byli właśnie Foo Fighters. Jak to sprawnie ujęła jedna z naszych uroczych śpiewających dziewcząt, "pełna obaw" zostałam na ich koncercie i... co chwilę musiałam uważać, żeby szczęka znalazła się na właściwym miejscu. Tak porywającego koncertu dawno nie widziałam. Grohl biegał po scenie jak oszalały, zaznaczam, że jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, piosenki nie doznały żadnych ubytków, a reszta zespołu bynajmniej się nie oszczędzała. Gwóźdź programu nastąpił pod koniec występu, kiedy to w powietrzu, parę metrów od sceny, mignęły trampki Grohla. Spokojnie, facet nie rzucał nimi w publikę po prostu sam się jakoś teleportował parę metrów od sceny, prosto w, a raczej nad, ramiona fanów... W każdym bądź razie koncert wypadł rewelacyjnie, nie tylko ze względu na warstwę wizualną. Takiej radości grania, takiego entuzjazmu, no i luzu już dawno nie widziałam. Nie bez kozery wielu muzyków powtarza, że do danej grupy można się dopiero przekonać, kiedy widzi się ją na żywo w akcji, a w wypadku Foo Fighters nie są to tylko czcze przechwałki.Nie wiem, jakie karkołomne "łamańce" Grohl z kolegami wyczynia podczas trasy promującej najnowsze wydawnictwo zespołu - "One By One". Miałam nadzieję, że sama go o to zapytam, kiedy pojawiła się okazja wywiadu z Foo Fighters. Niestety, raz jeszcze okazało się, że życie w całej swojej wspaniałości, bywa też złośliwe, a Dave nie jest osiągalny "this time". Tym bardziej złośliwe, że wszyscy, łącznie z ekipą formacji, wiedzą, że Dave Grohl to Foo Fighters i na opak, taki współczesny odpowiednik "Rzym to ja", albo amerykańska wersja "Dave Grohl Słońce". No i trafiło mi się porozmawiać z gościem, który w Foo Fighters ma najkrótszy staż i, co więcej, jak sam przyznał "i am the last in line". Jednak gitarzysta Chris Shiflett okazał się miłym rozmówcą, niezbyt rozgadanym, ale ciągle miłym i mimo tego, że "last in line" to potrafił co nieco opowiedzieć - o nowej płycie, o zespole i o sobie. Metal Hammer: Po pierwsze gratulacje, nagraliście bardzo fajny album... pracowity dziś miałeś dzień? Chris Schiflett: Właściwie to dzień, się dopiero zaczyna, to mój pierwszy wywiad. MH: Jakie to uczucie mieć od razu numer jeden na brytyjskiej liście przebojów? CS: To bardzo ekscytujące. Wiele razy byliśmy w Anglii na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Zresztą to zawsze było jedno z tych miejsc, gdzie najlepiej nas przyjmowano, mimo że znajduje się ono tak daleko od naszego domu. Naprawdę świetnie się tam bawimy, świetnie czujemy i koncerty tam wychodzą nam równie rewelacyjnie. To wspaniały początek, bardzo miła rzecz na starcie. Jesteśmy też bardzo podnieceni naszą trasą koncertową i jesteśmy bardzo pozytywnie nastawieni na to, co ma nadejść. MH: A czy spodziewaliście się tak dużego sukcesu w tak krótkim czasie? Minął zaledwie miesiąc od wydania waszego albumu... CS: Nie, nie bardzo. Starałem się do tego podejść bez jakichś wielkich oczekiwań. Wiesz, podchodziliśmy do tego raczej na zasadzie, niech się stanie, co ma się stać... MH: ...I ciągle pewnie jesteście z tego albumu bardzo zadowoleni, czy też widzisz już, że coś mogłeś zrobić lepiej? CS: Sądzę, że wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni z tej płyty. Wiesz, poświęciliśmy jej tyle czasu i naprawdę musielismy się nad nia napracować, tak więc kiedy w końcu skończyliśmy ją nagrywać, poczuliśmy się naprawdę lepiej i byliśmy z niej bardzo zadowoleni. Ale będę szczery i zdradzę ci, że praktycznie jej nie słucham. Przesłuchałem ją może kilka razy, od czasu wydania tego albumu. Nie siedzę i nie przysłuchuję się jej, analizując ją dokładnie. Jestem bardziej zainteresowany tym, jak te piosenki brzmią na żywo, niż na krążku. MH: Okoliczności pracy nad "One By One" nie były zbyt miłe, Dave np. był zaangażowany w pracę nad albumem Queens Of The Stone Age... CS: Właściwie to pierwsze podejście, pierwsza sesja była bardzo dziwna. Nasze drugie podejście było naprawdę szybkie, podkręciliśmy tempo. Nie poświęciliśmy na tę drugą sesję dużo czasu, po prostu szybko zrobiliśmy swoje. W pewien sposób sprawiło nam to sporą frajdę. MH: No właśnie, słyszałam, że ta druga część zajęła wam tylko 3 tygodnie. Powiesz mi coś jeszcze o tej mega szybkiej sesji? Mieliście już większość piosenek przygotowanych, czy też powstały wtedy jakieś nowe utwory? CS: Pracowaliśmy na piosenkach już gotowych, po prostu nagraliśmy je ponownie, no i dograliśmy kilka nowych kawałków. Mieliśmy do tego trochę inny stosunek, niż kiedy robiliśmy je pierwszy raz. Przy pierwszym podejściu staraliśmy się nagrać klinicznie idealną płytę, ale już za drugim razem, było to o wiele szybsze i myślę, że to słychać na tej płycie... MH: Wiem, że podczas przerwy między tymi dwiema sesjami, Dave pracował z Queensami i Davidem Bowie, a Taylor, wasz perkusista, wylądował w szpitalu. Co ty porabiałeś przez ten czas. CS: Ja nagrałem jeszcze jedną płytę. Mam swoją kapelę, taki projekt poboczny, nazywa się ona Jackson. Gram w niej na gitarze i śpiewam. Jest też w niej mój brat Scott, który gra na basie, w zespole znajduje się też nasz przyjaciel Pete, który gra na perkusji. Weszliśmy do studia i nagraliśmy kilka numerów. Nazbierało się tego całkiem sporo, ale wtedy drugi raz rozpoczęliśmy pracę z Foo Fighters. Za każdym razem kiedy mam przerwę z Foo Fighters, wracam do domu i pracuję nad swoimi piosenkami, które teraz mamy już nagrane. W sumie prawie już skończyłem i właściwie już jest gotowa płytka EP z 5 kawałkami, sam zajmuję się jej sprzedażą w trakcie szukania "domu" dla całego zespołu. Nie mam pojęcia kiedy wyjdzie cały album, pewnie będzie to gdzieś w połowie przyszłego roku. Po prostu dużo radości sprawia mi granie muzyki z różnymi ludźmi. A jeżeli chodzi o Taylora, to znajdował on się na rehabilitacji ponad rok temu, tak, że kiedy mieliśmy przerwę w nagrywaniu płyty, Taylor był w domu, zdrowy i szczęśliwy, pracował nad muzyką, bo on też ma swoją kapelę. My wszyscy mamy swoje projekty poza Foo Fighters. Tak więc ta przerwa pozwoliła nam wszystkim naładować baterie i skupić się na realizowaniu swoich projektów, każdy z nas zatroszczył się o swoje sprawy. | MH: Chris, a powiesz mi coś więcej o sobie? Ponoć jesteś fanem boksu... CS: Tak oczywiście! Za każdym razem, jak tylko jestem w domu, codziennie znajduję czas na treningi. Boksowanie to taka moja obsesja. I właściwie bardzo mi tego brakuje, kiedy jestem poza domem. To właściwie jest teraz jednym z moich głównych celów. Chcę wziąć udział w amatorskich walkach bokserskich, USA Boxing.com, to jest amatorska liga bokserska w Stanach. Sporo trenuję, żeby dobrze przygotować się do kilku walk, kiedy wrócę do domu, sądzę że gdzieś w okolicy grudnia, będę chciał wziąć w nich udział. MH: Powróćmy teraz do albumu. W jednej z piosenek - "Tired Of You" pojawia się Brian May z Queen. Możesz opowiedzieć jak to się stało, że zaprosiliście go do studia? CS: Właściwie Taylorzna Briana już od jakiegoś czasu. A my, kiedy nagrywaliśmy piosenkę do soundtracku "Mission Impossible 2" parę lat temu, nagrywaliśmy ją z nim w jego domu. Tak więc kiedy tym razem pracowaliśmy nad płytą w Los Angeles i okazało się, że on też tam akurat przebywał, to zaprosiliśmy go do studia. Tak więc pewnego popołudnia, Brian pojawił się w studio i właściwie zagrał na gitarze w kilku piosenkach, ale tak naprawdę właśnie w tym utworze, najbardziej nam to się spodobało, "zaskoczyło". Brian to również jeden z moich ulubionych gitarzystów, to legenda. U każdego, kto w jakiś sposób gra muzykę rockową gitarową, daje się wyczuć wpływ Queen. MH: A opowiesz mi o muzyce, której ty sam lubisz słuchać, która cię inspiruje? CS: Słucham wszystkiego, nie mam jakiegoś jednego ulubionego gatunku muzycznego... MH: A jakich pięć albumów wziąłbyś z sobą na bezludną wyspę? CS: O, na pewno byliby to The Clash, bo to jedna z moich ulubionych formacji ever. Ale nie sądzę, żebym zabrał tylko pięć płyt. Raczej przygotowałbym sobie miks różnych płytek, bo jest zbyt wiele gatunków muzycznych, które mi odpowiadają, które lubię. Np reggae, czy też zespoły takie The Small Faces, The Who, The Jam, The Clash, Jawbreaker... Wiesz, jest tego naprawdę sporo. Jedną z moich ulubionych rzeczy, którą uwielbiam robić, kiedy jestem w trasie, jest kupowanie płyt w różnych krajach, odkrywanie "innej" muzyki. Właśnie teraz jestem w Londynie i kupiłem sobie parę starych albumów z reggae, np Big Youth - naprawdę fajna sprawa. MH: A jakie są twoje typy z najnowszej płyty? Moim absolutnym numerem jeden jest ostatni numer - "Come Back", gdzie gitary i chórki brzmią jak Queens Of The Stone Age... CS: O tak, też tak sądzę. Natomiast gdybym miał powiedzieć, który utwór jest moim ulubionym numerem, prawdopodobnie będzie to "Low". MH: Foo Fighters to przede wszystkim Dave Grohl. On pisze muzykę, on pisze teksty. Jak pracowaliście nad tym albumem, czy Dave znowu sam wszystko napisał, a potem wspólnie szlifowaliście brzmienie? Jak właściwie to się odbywało? CS: Wiesz, sposób w jaki pracujemy... ja jestem ostatnią z kolei osobą, która wchodzi do studia. Każdy więc zrobił swój kawałek, oprócz mnie, bo ja wchodzę na koniec i dodaję partię gitary tam , gdzie trzeba to zrobić. MH: A ja kto jest dla ciebie współpracować z takim gościem jak Dave Grohl? Czy zespół działa bardziej na zasadach demokratycznych, czy też Dave zaprowadził w grupie dyktaturę? CS: Na wiele sposobów zespół działa na bardzo demokratycznych zasadach, które są jasne dla każdego i nam to odpowiada. Dave nie jest ciężką osobą we współpracy, jest naprawdę bardzo miłym facetem. On nie daje tego odczuć, że w zespole wszystko zależy od niego, że jest w nim dyktatorem. Ale wiesz, każdy jest realistą i zdajemy sobie sprawę z tego, że to jest jego zespół. To on jest siłą twórczą, stojącą za tym wszystkim. MH: Ty Chris jesteś w zespole od 3 lat, czy pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z Davem? CS: Moje pierwsze spotkanie z Davem miało miejsce w sierpniu 1999 roku, kiedy próbowałem dostać się do zespołu, kiedy poszukiwali oni nowgo gitarzysty. Wszedłem więc do pomieszczenia, gdzie odbywały się przesłuchania, a nigdy wcześniej nie spotkałem żadnego z tych kolesi, podłączyłem się i zagrałem kilka piosenek. Potem pogadaliśmy chwilę i wiesz, on był trochę... wyjęty z innej bajki (śmiech) i ciągle taki jest. MH: A nie bałeś się troszeczkę? - wiesz, Grohl, Nirvana, i mimo wszystko pozycja gwiazdy rocka... CS: Wiesz, teraz nie mogę postrzegać go w ten sposób, bo gram z nim w zespole, a to byłby bardzo niezdrowy sposób patrzenia na to, co się dzieje. MH: Płyta ma 2 wersje okładki, ma to jakieś znaczenie, czy też jest to dla ciebie obojętne? CS: Wiesz, dla mnie to właściwie nie ma żadnego znaczenia. Zresztą to jeden i ten sam pomysł, jedna okładka jest biała, druga czarna, nie ma za tym żadnego specjalnego planu, czy znaczenia. Kiedy wybieraliśmy okładkę poszliśmy do studia Pettibona i zdecydowaliśmy się wybrać jedno z jego serc, a on miał ich tam naprawdę sporo. Więc wybraliśmy parę projektów na album. MH: Aktualnie jesteście w trasie, powiedz mi, jak przebiega ta trasa? CS: Koncerty są niesamowite. My nigdy w całej naszej karierze nie graliśmy trasy jako headliner, tak więc jest to dla nas bardzo niesamowite doświadczenie. MH: Czy jakiś z tych koncertów miał dla was jakieś specjalne znaczenie, czy raczej całą trasę postrzegasz jako świetną i każdy z koncertów jest specjalny? CS: Wiesz, każdy z tych koncertów był bardzo dobry, ale myślę, że szczególny był pierwszy występ w Manchesterze, nie tylko z racji tego, że był to nasz pierwszy koncert jako headliner, ale był to również największy show na trasie, nasz pierwszy krok na tym tourne. I był on naprawdę nieziemski. MH: Dzięki Chris za ten wywiad i życzę powodzenia i zespołowi oraz tobie, szczególnie w najbliższych rozgrywkach w boksie... Mam nadzieję, że kiedyś zawitacie do Polski. CS: O, dzięki również. Mam też taką nadzieję, bo bardzo chcielibyśmy w waszym kraju zagrać.
| ||||



Tak się składa, że Nirvana była wielkim zespołem. Co do tego pewnie nie miały nawet wątpliwości myszy harcujące w sali ich prób. Jeżeli natomiast rozmyślam sobie o Foo Fighters... zawsze miałam wątpliwości. Nawet mimo tego, że Dave Grohl nie był pierwszym lepszym bębniarzem, którego przestrzeń wzrokowa zawężała się do perkusji i dwóch pałek. Nawet przy pierwszym albumie Foo Fighters, gdzie Grohl praktycznie zadebiutował jako muzyczna Zosia Samosia, a po sformowaniu kapeli MTV non stop młóciło, zaraz co to było, "Big Me"? i jakoś do końca nie byłam przekonana do tej formacji. Jednak w końcu przeprosiłam się z ich muzą. Pamiętam dokładnie, kiedy ponad 2 lata temu, na jednym z letnich festiwali jedną z głównych gwiazd byli właśnie Foo Fighters. Jak to sprawnie ujęła jedna z naszych uroczych śpiewających dziewcząt, "pełna obaw" zostałam na ich koncercie i... co chwilę musiałam uważać, żeby szczęka znalazła się na właściwym miejscu. Tak porywającego koncertu dawno nie widziałam. Grohl biegał po scenie jak oszalały, zaznaczam, że jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, piosenki nie doznały żadnych ubytków, a reszta zespołu bynajmniej się nie oszczędzała. Gwóźdź programu nastąpił pod koniec występu, kiedy to w powietrzu, parę metrów od sceny, mignęły trampki Grohla. Spokojnie, facet nie rzucał nimi w publikę po prostu sam się jakoś teleportował parę metrów od sceny, prosto w, a raczej nad, ramiona fanów... W każdym bądź razie koncert wypadł rewelacyjnie, nie tylko ze względu na warstwę wizualną. Takiej radości grania, takiego entuzjazmu, no i luzu już dawno nie widziałam. Nie bez kozery wielu muzyków powtarza, że do danej grupy można się dopiero przekonać, kiedy widzi się ją na żywo w akcji, a w wypadku Foo Fighters nie są to tylko czcze przechwałki.