Grunge SoundGrunge Sound

Grunge Music Zone

Pearl Jam | Nirvana | Alice in Chains | Foo Fighters | Green River | Hole | Mudhoney | Soundgarden | Temple of the Dog

Grunge Sound

Serwis Olympia
Wywiady - Bez Granic
Autor: Tekst: Igor Stefanowicz, wywiad ukazał się w Tylko Rock nr 1/2000
Dodane dnia 02-02-2002 przez hook
Wstecz
Ten koleś stanął przed niezwykle trudnym zadaniem. Jak sam mawia, kiedy bardzo mocno się upije: I was In Nirvana. The greatest rock'n'roll band of the 90's!!!. No właśnie, był a nie jest, bo Nirvany nie ma, bo Cobain nie żyje. Był bębniarzem, jest gitarzystą i wokalistą - frontmanem Foo Fighters. I pewnie raz na jakiś czas sam sobie zadaje mocno wkurzające pytania: co by było gdybym nie grał w Nirvanie, czy miałbym takie same szanse, czy ktoś by mnie zauważył? I don't owe you anything!!! Nic ci nie zawdzięczam - krzyczy Dave Grohl w refrenie I'II Stick Around, utworu z pierwszej płyty Foo Fighters. Ciekawe do kogo tak krzyczy?
No i właśnie powyższego pytania nie zamierzałem mu zadać. Po co walić po bolącym, po co wracać do tragicznych wydarzeń z przeszłości? Dave Grohl i jego Foo Fighters zasługują na uwagę nawet wyrwani z jakiegokolwiek kontekstu. Grupa nagrała już swoją trzecią płytę zatytułowaną There Is Nothing Left To Lose i przyjechała na trasę promocyjną do Europy. Ale z miejsca poczuła się jak w Stanach...

Nie ma jak w hotelu

DAVE GROHL: Wczoraj działy się naprawdę dziwne rzeczy. Siedzimy sobie na lotnisku w Amsterdamie i nagle podchodzi do nas Bryan Adams. Poznał nas i pyta, co słychać. To wszystko bardzo miłe, ale rozumiesz - on poznał nas, a nie my jego! Niezły czad.

IGOR STEFANOWICZ: Zapytałeś go kim jest?

DAVE: Nie, spytałem komu mam dedykować autograf. OK, idziemy do samolotu i kto z nami leci? Earth Wind And Fire! Zresztą nie wiem, czy to wszystko mi się przypadkiem nie śniło, bo zupełnie nie mogę się przestawić na europejski czas. Przedwczoraj spałem jakieś trzy godziny, jestem cholernie zmęczony. Kiedy przyjechałem do Hamburga, zamówiłem jedzenie do pokoju. Była siódma wieczorem - zaraz po odłożeniu słuchawki zasnąłem. Obudziłem się o pierwszej w nocy... Nie, w ogóle nie mogę się przestawić. Jak byłem młodszy, wystarczały mi dwa dni. Teraz nawet tydzień nie załatwia sprawy. Ale największy czad był w Australii - każdej nocy udawało nam się zasnąć najwyżej na dwie godziny. Mieliśmy potem lecieć do Japonii na tydzień - odwołałem te koncerty. Nie, żebym nie lubił Japończyków - po prostu nie dalibyśmy rady. No dobrze, dość użalania się nad sobą.

IS: Jak przebiega trasa po Starym Kontynencie?

DAVE: Jest bardzo krótka - tylko dziesięć koncertów. Kluby na dwa, trzy tysiące ludzi. Dla nas to bardzo komfortowy poziom. W Stanach i w Australii czasem gramy w trochę większych salach. Wydaje mi się, że rodzaj muzyki, który uprawiamy, jest bardziej osobisty i kameralny niż na przykład to, co robią Scorpions. Stadiony były dobre dla Queen, dla Freddiego Mercury 'ego - bo on potrafił sprawić, że każdy człowiek wśród pięćdziesięciu tysięcy czuł się częścią widowiska, czuł się częścią samego Freddiego. Ja tego nie potrafię.

IS: Jesteś zbyt nieśmiały?

DAVE: Może tak, ale przede wszystkim wcale tego nie chcę. Mnie zadawala ten poziom popularności, który już osiągnęliśmy. Nie potrzebuję milionów dolarów i dziesiątek milionów fanów. Chcę grać muzykę, jeździć w trasy i wolę mniejsze sale - zwłaszcza takie na 500 osób. Uwielbiam, kiedy jest ciasno i gorąco, scena jest niska i blisko fanów. Kiedy Nirvana stała się popularna, było to dla nas niesamowite doświadczenie. Przyzwyczailiśmy się do grania w klubach wielkości tego pokoju hotelowego i nagle w ciągu jakichś trzech miesięcy przenieśliśmy się do hal mogących pomieścić po 20.000 ludzi. Nie wiedzieliśmy nawet, co mówić ze sceny. Dobry wieczór??!! Nie wiedzieliśmy, jak sobie radzić. Zastanawiałem się - jak w takich miejscach muzyka może docierać do ludzi?! Takie granie dobrze sprawdza się na małej przestrzeni, gdzie garstka ludzi bawi się, pije piwo, obija się o siebie. Pierwszy koncert, jaki widziałem w życiu, to była jakaś punkowa impreza. Miałem trzynaście lat, prócz mnie na koncercie było może piętnaście osób. Wielki koncert rockowy zobaczyłem dopiero, gdy miałem dziewiętnaście lat. Pamiętam, że to był Monsters Of Rock ze Scorpions, Metalliką, Van Halen, Dokken, Kingdom Come. Przyszło z piętnaście tysięcy ludzi, a zespół był taki mały, tak daleko i było tak kiepsko słychać, że zastanawiałem się, po co to wszystko? Zawsze podobały mi się mniejsze imprezy.

IS: Płyty też lubisz nagrywać w kameralnych warunkach. There Is Nothing Left To Lose powstała chyba w twoim domowym studiu.

DAVE: Podczas nagrywania wszyscy u mnie mieszkali - Nate (Mendel - basista), Taylor (Hawkins -perkusista), Jimmy (techniczny) i Adam Kasper, producent. Staliśmy się małą rodziną. W Virginii, tam, gdzie mam dom i gdzie dorastałem, nie ma zbyt wiele do roboty. To małe miasto. Możesz najwyżej pojechać do Washington D.C, obejrzeć koncert, wypić drinka. Ale na miejscu, u nas - kompletna nuda. W związku z tym większość czasu spędzaliśmy, grając, robiąc grilla, pijąc trochę piwa, albo grając w koszykówkę. Taki typowy amerykański klimat. Mocno przytyliśmy... Widziałeś kiedyś film Stanleya Kubricka "The Shining" ("Lśnienie" przyp.}? Jack Nicholson zabiera swoją rodzinę do schroniska dla narciarzy, którym ma się zajmować. Utknęli tam na dobre, bo śnieg zasypał drogi. W schronisku pojawia się duch, Nicholsonowi odbija i zaczyna wszystkich mordować. No - to taki sam klimat był w moim domu.

IS: Z tą różnicą, że wszyscy przeżyli.

DAVE: Tak, ale każdy powtarzał co jakiś czas: "rany, muszę się stąd wyrwać, dłużej nie wytrzymam". Chociaż to był mój własny dom, ja też miałem go serdecznie dość. Wreszcie wyprowadziłem się do hotelu.

To jest to

IS: Jak to z wami teraz jest - Foo Fighters to kwartet czy trio?

DAVE: Teraz już znowu kwartet. Ale kiedy nagrywaliśmy nową płytę było nas trzech. Przed wejściem do studia grał z nami jeszcze nasz kumpel, gitarzysta (Franz Stahl - przyp. is). Taylor, Natan i ja robiliśmy nowe numery, które wyznaczyły nowy kierunek dla Foo Fighters, a Franz jakoś nie potrafił się w tym wszystkim odnaleźć. Więc zaczęliśmy pracować we trójkę, ale wiedzieliśmy, że trzeba będzie znaleźć nowego gitarzystę.

IS: Rozumiem, że to wy podziękowaliście Franzowi za współpracę?

DAVE: Właściwie tak. On wiedział i my wiedzieliśmy, że coś nie gra, nie pasuje. Powiedzieliśmy mu: "stary, kochamy cię, ale to wszystko nie brzmi, jak powinno. No to po co się męczyć?".

IS: Coś w rodzaju przygody Navarro z Red Hot Chili Peppers.

DAVE: Tyle że Navarro zdążył nagrać z nimi płytę... Taylor, Natan i ja nigdy wcześniej nie pisaliśmy razem piosenek. Jeżeli już, to współpracowałem z Natanem - znakomicie się rozumieliśmy. Nie trzeba było w ogóle gadać - jego granie uzupełnia moje, a moje jego. Natan jest wspaniałym basistą. A Taylor niesamowitym bębniarzem - trudno uwierzyć, że nigdy wcześniej nie nagrał płyty. Owszem, grał z różnymi ludźmi - na przykład z Alanis Morrisette - jeździł w trasy, ale do studia nie miał szansy wejść. Płyta Foo Fighters była dla niego pierwsza. I z tego powodu trochę się denerwował. Ale niepotrzebnie - kiedy gram z tymi kolesiami, czuję, że coś się dzieje, że są niesamowite przeloty, działa chemia.

IS: Czyli wystarczają wam same próby, nie odbywacie narad dotyczących nowego kierunku dla waszej grupy?

DAVE: Nie gadamy o muzyce, dopóki ona nie powstanie. Jeżeli fundamenty piosenki są już gotowe, wtedy omawiamy detale.

IS: There Is Nothing Left To Lose to chyba wreszcie pierwsza prawdziwie zespołowa płyta Foo Fighters?

DAVE: Dokładnie. My od początku byliśmy w dość dziwnej sytuacji, bo dojrzewaliśmy jako zespół nie w jakimś garażu, tylko na oczach publiczności. Nasza pierwsza płyta była jak materiał demo - nagrany przez jedną osobę w pięć dni. Wtedy jeszcze nie myślałem o zakładaniu zespołu. Po prostu chciałem nagrać album. Bez podpisywania się własnym nazwiskiem, bez zdjęć, tylko z nazwą Foo Fighters, bo ona brzmiała, jakby się za nią kryło parę osób, a nie jeden koleś. Chciałem to wydać we własnej wytwórni, natrzaskać jakieś dwadzieścia tysięcy egzemplarzy, dać do dystrybucji, niech sobie parę osób pasłucha. Wszystko dlatego, że zależało mi, by broniła się sama muzyka. Żeby nie było: "o, to ten koleś z Nirvany ". No ale potem wiesz - rozpadł się Sunny Day Real Estate, zacząłem grać z Natanem i z Williamem Goldsmith'em (perkusistą - przyp. is). Wtedy Foo Fighters naprawdę stał się zespołem. Nasza druga płyta miała już być prawdziwym albumem zespołowym - i prawie się udało. Pat (Smear - były gitarzysta Foo Fighters, który wcześniej wspomagał Nirvanę na koncertach -przyp. is), Natan i ja rzeczywiście pracowaliśmy razem. Ale już z Williamem było trochę gorzej. Musiałem sam nagrać bębny do większości utworów z "The Color And The Shape". No dobra - tak, czy inaczej teraz Chris jest naszym trzecim gitarzystą, Taylor drugim perkusistą... Chociaż szczerze mówiąc uważam Taylora za jedynego prawdziwego bębniarza Foo Fighters. W sensie - lubiłem Williama, bardzo fajnie nam się razem grało, ale Taylor i ja jesteśmy jak bracia. Gdyby Taylor albo Natan zdecydowali się odejść, oznaczałoby to koniec Foo Fighters. Nie ma mowy bym bez nich dalej prowadził ten zespół. Wiem, wiem - ludzie często opowiadają takie tam "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Ale ja wiem, co mówię, przemyślałem to sobie. Bo nowy album "There Is Nothing Left To Lose" to jest wreszcie to, o co mi chodziło - to brzmienie, te piosenki.

A imię jego miliony

IS: Czy perkusistom, z którymi współpracowałeś i współpracujesz, mówisz, jak mają grać? Sam przecież jesteś bębniarzem.

DAVE: Kiedy piszemy muzykę, razem aranżujemy kawałki. Więc czasem sugeruję Taylorowi, żeby w jakimś momencie zwrócił szczególną uwagę na budowanie nastroju, bo wiem, co się za chwilę będzie działo z gitarami. Ale to nie są żadne rozkazy ani konkretne wymagania. Nie mówię: "patrz uważnie i powtarzaj".

IS: Jaki jest wkład Natana i Taylora w powstanie There Is Nothing Left To Lose - przynosili gotowe kawałki?

DAVE: Zwykle to ja daję taki ogólny pomysl na nowy utwór, po czym wspólnie go obrabiamy. Taylor jest świetny w aranżowaniu, budowaniu nastroju - jego bębnienie często nadaje kierunek piosence. Ja robię melodię dla wokalu i gitary, a Nate musi znaleźć swoją drogę gdzieś pośrodku. I czyni to bez stawania się przewidywalnym, bez poddawania się konwencjom. Jego gra na basie jest bardzo sprytna, mądra i wiele wnosi. Ludzie zwykle nie zdają sobie z tego sprawy, nie potrafią docenić wkładu Nate'a w budowanie harmonii, melodii. Jest chyba najlepszym rockowym basistą, jakiego znam i słyszałem.

IS: Wiesz, bas idzie dołem, może dlatego nie wszyscy zwracają na niego uwagę.

DAVE: Granie Nate'a to więcej niż dodawanie dołu. Trzyma rytm, ale przede wszystkim ma niesłychany zmysl melodyczny - wpasowuje się idealnie między wokal i gitary. Swoim graniem nadal nowy wymiar niejednej piosence, która z początku wydawała mi się średnia.

IS: Co z gitarami - jest was dwóch, pewnie pełnicie różne role?

DAVE: Na There Is Nothing Left To Lose jest mnóstwo partii gitarowych, bardzo bogata faktura. Na przykład w utworze "Aurora" jest chyba z pięć gitar, w "Ain't It The Life" ze cztery. Przez pewien czas zastanawialiśmy się, czy nie zostać w trzyosobowym składzie. Mówiłem: "popatrzcie na Rush, na Nirvanę czy The Mice". Ale potem pomyślałem - tyle się dzieje w partiach gitarowych, że musimy znaleźć kogoś do pomocy. Odkąd dołączył do nas Chris, ja staram się skoncentrować na śpiewaniu i podawaniu głównego rytmu. A Chris szaleje - eksperymentuje z efektami, gra trudniejsze partie, łamie rytm.

IS: I na pewno trochę zmienia nowe piosenki, które nagraliście w studiu.

DAVE: Przede wszystkim ludzie przychodzą na koncert nie po to, żeby posłuchać płyty, tylko zespołu grającego na żywo. W innym przypadku koncerty byłyby nudne. Często zmieniamy piosenki w znacznym stopniu - może nie aranżację, ale dynamikę. Niezbyt drastycznie, na tyle, żebyś mógł rozpoznać dany kawałek.

IS: No dobra, gracie we czterech - w takim razie kim są ci wszyscy ludzie wymienieni na okładce There Is Nothing Left To Lose, jako członkowie Foo Fighters?

DAVE: Nigdy nie przepadaliśmy za listami podziękowań. Wiesz: dziękujemy naszym rodzinom, przyjaciołom, special thanks, very special thanks - to takie sztuczne i nudne, zwłaszcza gdy zespół próbuje okazać wdzięczność pięciuset osobom. Pomyślałem więc, że zabawniej będzie napisać: "the Foo Fighters are:" i wymienić wszystkich naszych przyjaciół. Jeden z nich właśnie nam się przygląda - napisałem o nim Jimmy Swanson is god (śmiech - Jimmy tak naprawdę jest technicznym - przyp. is)

Wołanie o pomoc

IS: There Is Nothing Left To Lose - tytuł albumu brzmi dość desperacko...

DAVE: Ale miał mieć też wydźwięk pozytywny, optymistyczny. Wyznacza zmianę świadomości, sposobu odbierania świata. Wcześniej byłeś pewien znaczenia wszystkich rzeczy, wcześniej denerwowałeś się, martwiłeś o wiele różnych spraw, żyłeś pod napięciem. A w pewnym momencie dochodzisz do stanu, kiedy nic nie jest w stanie wyprowadzić cię z równowagi, stajesz się nieustraszony. Nabierasz siły, która pozwala ci radzić sobie ze wszystkim, robić, co tylko zapragniesz. Foo Fighters jest jak moje dziecko, miłość mojego życia. Tak długo, jak mam ten zespół, czuję się właśnie nieustraszony i zdolny do pokonania wszelkich trudności. Kiedy mówisz "there's nothing left to lose" (nie ma już nic do stracenia - przyp. is), czujesz się wolny. Wolny od wszelkich problemów.

IS: Czyli maksymalny optymizm.

DAVE: Większość ludzi odbiera ten tytuł jako wyraz pesymizmu. Myślą, że chodzi o to, że nie mamy już więcej gitarzystów do stracenia. (śmiech)

IS: Jakie sytuacje mogą wprowadzić stan takiej wolności? Prócz grania w zespole, oczywiście...

DAVE: Są momenty, kiedy czujesz się totalnie zmęczony i wyczerpany. Albo osaczony przez otoczenie, lub czujesz, że wszystkie drzwi są przed tobą zamknięte i wiesz, że zaraz możesz ześwirować. To chwile, które sprzyjają całkowitemu otwarciu umysłu, spojrzeniu na życie z innej perspektywy. To tak jak byś sobie powiedział: "mam wszystko w dupie, I don't care". Jak byś powiedział: "Dobra, zaczynamy od nowa".

IS: Jeden z nowych utworów - Learning To Fly - mówi o poszukiwaniu sensu życia. Czy przesadziłem z interpretacją?

DAVE: O poszukiwaniu sensu życia, ale przede wszystkim o poszukiwaniu inspiracji. Szukaniu rzeczy, które trzymają cię przy życiu - bez względu na to, czy są złe, czy dobre. To był pierwszy nowy kawałek, jaki napisaliśmy. Pierwszy tekst na nową płytę. Teksty zawsze piszę na samym końcu. Siadłem sobie i myślałem: "rany, muszę napisać kilkanaście tekstów. O czym, skąd wezmę kilkanaście różnych tematów?". Kiedy teraz patrzę na "Learning To Fly", widzę, że to wyraz troski o to, jak wypełnić kolejne utwory.

IS: Stacked Actors traktuje o muzykach rockowych w ogóle, czy też miałeś kogoś konkretnego na myśli?

DAVE: O ludziach, którzy wolą kreować się na kogoś innego, niż być samym sobą. Ludziach, którzy udają. Więc również o gwiazdach rockowych. Generalnie jest to wołanie o prawdę. Na zasadzie: "proszę, niech ktoś mi w końcu powie prawdę. Wystarczy mi jeden człowiek, jedna szczera osoba".

IS: I co, nikt nie chce?

DAVE: Tak źle to nie jest. "Stacked Actors" pisałem po półtorarocznym pobycie w Los Angeles. To miejsce jest kompletnie popieprzone. Wszyscy ci ludzie przybyli tu z jakichś wykręconych powodów. Aktorzy - jak można chcieć uprawiać zawód, który sprawia, że całe życie udajesz kogoś innego?! Nie rozumiem. To samo dotyczy świata muzyki. Ja nie chcę, żeby rock grali dla mnie aktorzy, superbohaterowie, postacie z kreskówek. Chcę słuchać kogoś, komu mógłbym wierzyć i ufać.

IS: Co zrobisz, żeby nie stać się podstarzałą drag queen, jak bohaterowie twojego tekstu?

DAVE: Dam sobie spokój z graniem, zanim się zestarzeję.

Jak reklamówka

IS: Mam wrażenie, że płyta There Is Nothing Left To Lose jest smutniejsza, bardziej nastrojowa i psychodeliczna od swoich poprzedniczek. Mniej nadaje się do skakania i tańczenia. To taki mały wyraz ewolucji stylistycznej?

DAVE: Myślę, że to bardzo ważne, by zespół dojrzewał, rozwijał się z każdą kolejną płytą. Pierwszy album Foo Fighters brzmiał bardzo pierwotnie i prosto. Drugi był już bardziej złożony, utwory bardziej interesujące, produkcja bardziej zaawansowana. A na "There Is Nothing Left To Lose" po prostu chcieliśmy umieścić dobre piosenki. Nagrywając "The Color And The Shape", zależało nam, by nie wypaść zbyt łagodnie, by nagrać naprawdę mocny album rockowy. Nie chcieliśmy, by ludzie sobie pomyśleli, że z wiekiem łagodniejemy, czy coś w tym stylu. Całe to ciśnienie wypływało zapewne z faktu, że mamy mocno punkową przeszłość. Trudno się z tego otrząsnąć.

IS: I co, wreszcie się udało?

DAVE: Może trochę - ale to wcale nie jest naszym celem. Nam chodzi o robienie piosenek, które dla słuchacza będą co najmniej takim wyzwaniem, jakim są dla nas. Lubię wszystkie rodzaje muzyki - stary rock z lat siedemdziesiątych, punk rock, techno, hip hop. Chętnie słucham Elli Fitzgerald. Czyli generalnie nie mam prawie żadnych muzycznych uprzedzeń. A to dlatego, że lubię po prostu dobre piosenki, bez względu na to, w jakimi stylu są wykonane. I sam chcę się skoncentrować na robieniu dobrych piosenek. One niekoniecznie muszą być bardzo szybkie, niekoniecznie ich brzmienie musi się opierać na przesterowanej gitarze, niekoniecznie muszą się nadawać do skakania. Ważne, byśmy się rozwijali i to czynimy. Zaczynałem słuchać punk rocka, kiedy miałem 12 lat. To było jakieś osiemnaście lat temu. Ciągle lubię punk rock, ale stary... osiemnaście lat wrzeszczenia i czadu??!! Piętnaście lat słuchania Slayera??!! Piętnaście lat uwielbiania Metalliki, Bad Brains, Black Flag??!!

IS: Chcesz powiedzieć, że już wystarczy?

DAVE: Nie, ja zawsze będę lubił te zespoły. Ale chyba nadszedł czas poszerzenia własnych horyzontów. Robiliśmy teraz utwory, które brzmią zupełnie inaczej niż wszystkie nasze wcześniejsze dokonania. Jestem szczęśliwy z tego powodu. Bo nienawidzę, kiedy zespól nagrywa taką samą płytę jak poprzednia. Po prostu trzeba się zmieniać.

IS: Opowiedziałeś o swoich bardzo rozległych źródłach inspiracji - padły między innymi terminy techno i hip hop. Ale nie podążasz za elektroniczną modą...

DAVE: Tak samo jak nie podążam za Ellą Fitzgerald czy Leadbelly'm, albo Public Enemy. Bo Foo Fighters to grupa ludzi, która próbuje nadać nowy wymiar tradycyjnej konfiguracji rockowego zespołu, tradycyjnemu instrumentarium. Zamiast próbować na nowo wynaleźć koło, próbujemy na nowo wynaleźć samych siebie i nasze piosenki. Kiedy pracowaliśmy nad "There Is Nothing Left To Lose" zdarzało się, że zaczynaliśmy grać nowy kawałek na zasadzie: one, two, three, four! bum bum klap, bum bum klap! Każdy numer można tak zagrać - ale po co? Zatrzymywaliśmy się i mówiliśmy sobie: nic z tych rzeczy, spróbujemy inaczej. To już było, zostawmy to za sobą. Teraz może samba, może gitara akustyczna, może jakieś eksperymenty z efektami, z obniżaniem stroju, zwalnianiem taśmy? Chodziło nam o znalezienie dobrej melodii i opracowanie jej w taki sposób, który nie byłby dla nas zbyt wygodny i oczywisty. I przy tym bez przekombinowania z technologią. Nie używamy żadnych komputerów, żadnych cyfrowych zabawek - stary stół mikserski, stare mikrofony, stary magentofon wielośladowy. Mam problem ze współczesną muzyką - ona jest dla mnie odhumanizowana. Nie brzmi jak dzieło jakiegoś fajnego zespołu, tylko brzmi jak reklamówka, jak produkt, jak pieprzony komputer. Ale lubię na przykład Apfex Twins. Jest wielu zajebistych didżejów, artystów techno, dance, hip hopowych. Komputer jako narzędzie może nie jest zły. Źle jest, gdy muzyk gra tylko dlatego, by czerpać zyski, tłuc kasę.

Można zwariować

IS: Jak zamierzasz spędzić sylwestra - na jakiejś dzikiej imprezie?

DAVE: Nie, ja zwykle nie uczestniczę w imprezach. Szczerze powiedziawszy, niezbyt często wychodzę wieczorem, niewiele piję, nie palę trawy. Jestem raczej spokojnym, cichym osobnikiem.

IS: Czyli będziesz siedział w domu i oglądał telewizję.

DAVE: Nie, aż tak źle to nie ma. Wybieram się z moją kobietą na wieś. Zaszyjemy się gdzieś w głuszy... I zrobimy dziecko na przykład.

IS: Byłoby pierwsze w twoim dorobku?

DAVE: Tak, ale spokojnie, ja tylko żartowałem. Jeszcze nie teraz - wiesz, mamy trasę.

IS: Z tego co pamiętam, proces kształtowania się nowego organizmu trwa jakieś dziewięć miesięcy.

DAVE: Coś mi się zdaje, że nasza trasa potrwa jeszcze dłużej.

IS: W kilku tekstach z nowej płyty fruwasz w chmurach, generalnie lubisz takie podniebne klimaty. Wolisz obserwować świat z dystansu, niż próbować go naprawiać, ratować?

DAVE: Może tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale we mnie drzemie sporo romantyzmu. W dzieciństwie miałem takie marzenie - by umieć zastopować czas jednym strzeleniem pałkami. Cały świat by się zatrzymał, ludzie zamarliby w bezruchu, zamrożone emocje... A ja bym sobie chodził i przyglądał się każdemu, obserwował dowolne miejsca. Mógłbym robić, co tylko zechcę. Na swój sposób schować się i patrzeć. Jakaś część mnie chce zniknąć i tylko się przyglądać rozwojowi wydarzeń.

IS: No i co byś robił, gdyby twoja fantazja stała się rzeczywistością?

DAVE: Gdybym mógł zatrzymać czas? Eee... Pewnie poszedłbym zjeść czyjś posiłek w jakiejś bardzo wykwintnej restauracji, poszedłbym do kina obejrzeć film samemu (wybaczmy Dave'owi brak logiki -przyp. is)... Chyba łaziłbym dookoła i przyglądał się wszystkim bardzo uważnie. Pewnie dostrzegłbym jeszcze wyraźniej jak bardzo ludzie są sobie nawzajem obcy.

IS: Załóżmy, że przez naprawdę obcych zostałeś porwany. Siedzisz sobie w talerzu latającym, a ufoludki wypytują cię o różne sprawy. Co byś im powiedział o Matce Ziemi i jej mieszkańcach?

DAVE: Uważajcie!!! Istoty ludzkie są naprawdę mocno popieprzone!!! Uważajcie!! Ten świat jest naprawdę przerażający!!! Kiedy byłem mały, lubiłem nocą przesiadywać na podwórku, gapić się w niebo i gadać do gwiazd. Ściśle rzecz ujmując, gadałem do UFO: "wiem, że tam jesteście, proszę, pokażcie się, złaźcie na dół, odwiedźcie mnie". Potem miewałem niesamowite sny. Że niby właśnie sobie tak leżę, patrząc w gwiazdy, i nagle zaczynam zdawać sobie sprawę, że to nie jest niebo, tylko gigantyczne podwozie spodka latającego. Podwozie lustrzane - wpatruję się w nie i widzę samego siebie. OK, żebyśmy się dobrze zrozumieli - ja nie mam świra na punkcie UFO, nie twierdzę, że byłem porwany i że wmontowano mi do mózgu mikroprocesor. Nigdy też nie widziałem UFO na jawie. Ale coś mi mówi, że czemu nie? Może UFO istnieje. Może ludzie są zbyt mocno zakorzenieni we własnej rzeczywistości, by móc wyobrazić sobie zupełnie inne światy. Ja swojej wyobraźni nie stawiam granic. Wśród tych milionów gwiazd musi być gdzieś inne życie. Albo na naszej planecie była wcześniej inna cywilizacja i jej przedstawiciele jeszcze do nas wrócą?

IS: Starcza ci wyobraźni, by pojąć gdzie i jak może kończyć się wszechświat? Wiesz, za siedmioma górami zawsze może być następnych siedem gór.

DAVE: Jest taki naukowiec Steven Hawkins Jr., który napisał książkę "Brief History Of Time" (Krótka historia czasu - przyp. is). Na jej podstawie nakręcono świetny film... Stary, te sprawy ciężko zrozumieć, to jest już poważna nauka. Teoria względności i tak dalej, Czas - gdzie się zaczyna, gdzie kończy... Zostawmy to, bo można zwariować.




Grunge Sound

Serwis Olympia
© All Rights Reserved. 2001 - 2012 Serwis Olympia http://www.grunge-sound.com | partners