| |||||
Jednak Dave Grohl wykrzesał z siebie kilkanaście całkiem niezłych piosenek. I nagrał je na płytę. Pomogła mu w tym podobno kartka pocztowa, którą dostał od jednego z przyjaciół z zespołu Seven Year Bitch, z Seattle. Ten pieprzony list ocalił mi życie - bez ogródek twierdzi Grohl. Były tam -między innymi - dwa proste zdania: "Być może chęć grania muzyki teraz minęła, ale wróci. Nie martw się..."Były perkusista Nirvany - w październiku ubiegłego roku - wszedł więc na jeden krótki tydzień do studia Roberta Langa w Seattle. Zagrał tam na wszystkich instrumentach: na gitarach, basie i oczywiście perkusji. Zaśpiewał również wszystkie partie wokalne. A tylko w jednej piosence, w X-Static wspomagał go na gitarze Greg Dulli - wokalista Afghan Whigs, który niby wiele razy już powtarzał, że co jak co, ale grać na gitarze to on za bardzo nie umie. Wcale tu tego nie słychać, a i tak przecież Dulli nie miał chyba za bardzo zamiaru stać się drugim gitarzystę w zespole Grohla. Został nim Pat Smear z... Nirvany. Przez rok, przesiadywałem całymi dniami na tapczanie z telewizyjnym pilotem w ręku - wspomina Smear. I nie mogłem się zdecydować czy będę chciał g rac jeszcze w jakimś zespole. W tym samym, krótkim wywiadzie, udzielonym "New Musical Express" w czerwcu powiedział jeszcze: Właściwie to pracowałem nad jakimś własnym, solowym projektem. Wprawdzie Dave i ja byliśmy w kontakcie, słyszałem nawet o jego taśmie. Ale nie chciałem prosić go by przyjął mnie do zespołu. Czekałem, by zrobił to on sam... Basistę i perkusistę Grohl ściągnął z przeżywającego trudne chwile Sunny Day Real Estate. Ten zespół był jedną z wielkich nadziei Sub Popu. A może grunge'u w ogóle. Piszę "był", gdyż po nagraniu jednej, cudnej płyty zawiesił działalność. Jeremy Enigk - obdarzony niezwykłym głosem wokalista Sunny Day Real Estate przeszedł na wiarę, która nie zezwala śpiewać mu w rockowym zespole. Chyba tylko dlatego, basista Nate Mendel i perkusista William Goldsmith znaleźli się w zespole Grohla. To normalne, że po śmierci Kurta Cobaina zespół poszedł w rozsypkę. Normalne, że w tym czasie ani Chris Nowoselic, ani Dave Grohl nie mieli za bardzo ochoty brać udziału w jakimkolwiek muzycznym przedsięwzięciu. Bo co można jeszcze zrobić innego, jeśli grało się w najpopularniejszym zespole rockowym świata. Czy jednym z kilku najpopularniejszych. Przypuszczam, że niezbyt przemyślane napaści Courtney Love winiącej ich pośrednio za śmierć męża, czy mniej lub bardziej wyssane z palca wiadomości o zaangażowaniu Grohla do Pearl Jam albo wspólnym ich - Dave'a i Chrisa (dodatkowo z Patem Smearem) - przedsięwzięciu tę zapaść tylko pogłębiały. Wcale się więc nie dziwię, że Grohl wyruszył najpierw, w krótką trasę po małych klubach w Stanach z ledwie jedną ciężarówką sprzętu, by w spokoju - już z muzykami - dopracować koncertowe wersje nagranych uprzednio piosenek. | I, że tak długo zwlekał z wydaniem płyty, która ukazała się przecież dopiero w ostatnim tygodniu czerwca - w osiem miesięcy od jej nagrania, I, że pojawiła się bez żadnych nachalnych reklam. Bez korzystania z całej legendy Nirvany. Nic. Tylko zdjęcie płyty i napis Foo Fighters - jako jej tytuł i równocześnie nazwa zespołu. Choć natychmiast znaleźli się tacy, których bardzo zdenerwował pistolet - niczym z filmu science fiction - umieszczony na okładce albumu. Że to niby odwoływanie się do samobójczej śmierci Kurta Cobaina... Na trwającej niewiele ponad czterdzieści cztery minuty płycie jest dwanaście utworów. Prostych, melodyjnych i - z małymi wyjątkami - dość ostro zagranych. Niektóre są całkiem przebojowe. Jak choćby wybrane na pierwszy singel This Is A Call, albo bliskie stylu R.E.M. - Big Me, piosenka o miłości. Są tu jeszcze: bardzo ładna, nieco sentymentalna Oh, George i lekko rozkołysana, coś w rodzaju smętnego walczyka, Floaty. Wszystkie, przy odpowiedniej promocji, mogą stać się dużymi przebojami. Tylko, że przecież Foo Fighters niezbyt chętnie "bawią się" w reklamę... Ale nawet te zgoła melodyjne i łagodne piosenki wzbogacone są o szorstkie, przybrudzone brzmienia gitar. Bo przecież to, co gra Foo Fighters, to oczywiście grunge. Hałaśliwa, rytmiczna muzyka. Czasem może nadto monotonna (X-Static, Wattershed), częściej z typowymi seattlowskimi rozwiązaniami (I'llStick Around, Alone + Easy Target, Good Grief). Niekiedy jednak zaskakuje dziwnymi dla tego stylu pomysłami - jak choćby połączenie jazzowego klimatu z mocnym, rockowym graniem (For All The Cows). Jest jeszcze miejsce dla bardziej melodyjnej odmiany industrialu spod znaku Nine Inch Nails (Weenie Beenie) i prawdziwa perła, monotonny i stonowany utwór ostatni - Exhausted, oparty właściwie na jednym, powtarzanym w nieskończoność motywie gitary. Czy jest w tym wszystkim coś z Nirvany? To pytanie musi paść i pada w niemal każdej z recenzji, jakie pojawiły się wraz z wydaniem tej płyty. Chyba tylko w Good Grier i w I'll Stick Around jest ta atmosfera. I to też do chwili gdy nie pojawi się głos wokalisty. Bo Grohl śpiewa inaczej. Bardziej gładko i w mniej charakterystyczny sposób. Zresztą na wszelkie porównania z Nirvaną ten najważniejszy w Foo Fighters ma tylko jedną odpowiedź: Żaden z tekstów piosenek nie dotyczy Kurta, ponieważ nie chciałbym go niepokoić. Nawet ten z I'll Stick Around? Nie, bo słowa, które tam padają skierowane są do kogoś innego. Choć bardzo Cobainowi bliskiemu. Zachwycam się sposobem w jaki mnie opluwasz - z odrobiną ironii Grohl śpiewa w tej piosence. Nie jestem ci nic winien... - powtarza już z niekłamaną wściekłością...
| ||||



Jednak Dave Grohl wykrzesał z siebie kilkanaście całkiem niezłych piosenek. I nagrał je na płytę. Pomogła mu w tym podobno kartka pocztowa, którą dostał od jednego z przyjaciół z zespołu Seven Year Bitch, z Seattle. Ten pieprzony list ocalił mi życie - bez ogródek twierdzi Grohl. Były tam -między innymi - dwa proste zdania: "Być może chęć grania muzyki teraz minęła, ale wróci. Nie martw się..."